Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Dni w swoich kolorach

Są dni złote, albo czarne.
Inne są antracytowe, albo różowe, albo zielone.
Są też granatowo - lazurowe, turkusowe, błękitne, royal  blue -
te są zwykle morskie.

Gdy rano się budzę, wyczulam się i nastrajam na odbiór -
w jakim kolorze wibruje ten dzień,
jakie niesie informacje energetyczne,
jakie drgania od Słońca, Księżyca i innych planet
i jak to się ma do mojego biorytmu.



Dni turkusowe, jeśli tylko mogę, spędzam nad morzem
i ono wtedy napełnia mnie sobą po brzegi.
Głowa staje się lekka, myśli - jasne i lotne,
ciało wchodzi w eteryczny stan ukołysania falami,
a ich nieustająca melodia koi i uspakaja, i przenosi w głębiny 
dostępne tylko dla ducha.



'Dlaczego kochamy morze?
Dlatego, że posiada ono jakąś potężną moc, która sprawia,
że myślimy rzeczy, które lubimy myśleć".


błyszczą falują i cichną
zostają mi po nich
naręcza odblasków
wędruję w miejscu
nigdy nie dojdziemy
nigdy nas nie ma tam gdzie jesteśmy
to nie przeszłość
to teraz jest nietykalne"


"(...) bez powodu tak sobie
niczym wtargnięcie morza
albo rozkołysanie łanów kukurydzy
jak przebicie się słońca przez chmury -
radość
fontanna ulotnego szczęścia: ach! być po prostu żywym
rozłupać granat tej właśnie godziny
i wysysać zeń pestka po pestce (...)"
(Octavio Paz)



"(...) Woda unosi powieki
światłem ocieka naskórek dnia
w ogromnej kropli czas się przegląda i syci sam sobą (...)"
(Octavio Paz)



rozkrólowały się błękity
roześmiały się biele falami, chmurami, muszlami
siedzę na brzegu
w moim naparstku wieczności
o której nie wiem nic

zresztą
co tu mówić o wieczności
skoro nie znamy jutra
ani nawet następnej godziny



może jutro zupełnie inny kolor dnia
pogna mnie w góry, lasy albo na łąki

a może do miasta, do ulubionej lodziarni, kto wie? 



"Nigdy nie ucieszysz się światem w pełni,
dopóki morze nie przepłynie przez twoje żyły,
dopóki nie odziejesz się w niebo
i nie założysz korony z gwiazd".

Żywe życie

(Czy życie może być nieżywe?
Nie, bo już wtedy nie jest życiem.
Ale może być wirtualne...)

Odłączenie się od wieści ze świata
jest genialnym zabiegiem w dzisiejszych czasach.
Telewizora nie mam od 30 lat,
więc mam spore doświadczenie w tym temacie.
Komputer włączam niezwykle rzadko.
Zatem pozostaje mi jedynie wyłączyć mojego
smartfonka - przyjaciela - szpiega
i już! Gotowe!
W końcu to ja jestem tu bardziej smart niż on
i ja tu rządzę.
Tu, to znaczy w mojej warstwie świata.

To naprawdę jest takie proste,
choć niełatwe,
a dla wielu już wręcz niewykonalne, niestety.
Wirtualny świat stał się nałogiem.
Odłączenie się od niego powoduje u ludzi niepokój,
otępienie, ssanie w żołądku, głód i pustkę.

Tymczasem detoks cyfrowy przywraca nas samym sobie.
Zmienia się aura wokół nas.
Zmienia się bardzo mocno, bo wracamy do równowagi.
Odpoczywają oczy, ręce, głowa, 
właściwie to odpoczywa wszystko w nas.
Nawet dusza.
Nagle jesteśmy kompletnie zanurzeni
w przepływie żywego życia.



Nie scrollujemy fejsika
i nie dowiadujemy się, że panu X urodziła się druga córka,
że pan Y zameldował się w hotelu w Wiedniu,
że pani Z jest w związku z panem (lub panią) K,
a J jest właśnie w restauracji i zamówiła pizzę.






Nie dociera do nas, ile dziś zachorowań,
jaka inflacja i że ceny rosną.






Nie odzywają się żadne dzwonki, brzęczyki, 
powiadomienia tak ważne, że natychmiast trzeba sprawdzić,
kto nas o czym powiadamia.




Czy wyobrażacie sobie jeszcze życie takie,
jakie było mniej więcej 40 lat temu?
Telefon stacjonarny w domu i odbieramy tylko wtedy, 
gdy w domu jesteśmy.
Dwa programy w tv i garstka informacji ze świata.
Adapter na igłę i płyty analogowe.
Dobrze, że choć grzyby takie same jak dziś 😃




Moja Mama ostatnio spanikowała,
bo nie oddzwoniłam tego samego dnia.
A mnie w poniedziałek rano rozładował się telefon,
 a zauważyłam to dopiero we wtorek po południu.
No bo zajęta byłam jak nie wiem co.
Zbieraniem fig, grzybów, kasztanów.
Zajęta żywym życiem, pochłonięta nim.



Mój smartfonik - przyjaciel - szpieg
coraz częściej zostaje w domu,
a ja znakomicie się czuję, gdy wiem,
że nie mam go w torebce, w plecaku, pod ręką.
Nagle okazuje się, że można chodzić bez telefonu,
jak niegdyś, jak w czasach młodości.






Spróbujcie!
Odłączcie się choć na jeden dzień
i poczujcie inną jakość życia.
Bez tv, bez radia, bez telefonu, bez internetu, 
bez wirtualnego świata,
bez czarny, wilgotny, błyszczący.


Zamiast wieczorem, jak zwykle, włączyć telewizor,
komputer czy scrollować ekran telefonu
i nasączać całe swoje święte ciało sztucznym białym światłem -
wymyślcie inny scenariusz.



Ja jestem teraz w ożywionym dialogu z jesienią
i mam tyle pomysłów, że dzień robi mi się za krótki.




Jestem wdzięczna za tę kreatywność, natchnienia, inspiracje,
za cały ten czas wypełniony ŻYWYM ŻYCIEM -
od pierwszego porannego promienia słońca,
aż po wieczorny blask księżyca,
aż po gwiazdy wysypujące się z kieszeni nocy.

*


(Ludzie chcieliby żyć wiecznie,
a nie wiedzą, co zrobić 
z jednym bezinternetowym popołudniem...)

Jesienna wariatka

Jest ciepło, wiatru prawie nie ma,
tylko lekki ruch powietrza wprawiający pojedyncze liście
w równie lekkie kołysanie, ot, tyle, co nic.

Wciąż słychać świerszcze i ptaki wciąż śpiewają,
i jakiś taki spokój, cudny, rozległy spokój czuć w powietrzu.
To jest chyba po prostu święty spokój.
Idę wewnątrz tego spokoju tu i tam, kołysząc wiaderkiem,
które mam zamiar zapełnić tym i owym.
Nooosz, ależ jest pięknie!


Przenika on wszystko na wskroś, ten święty spokój,
rozlewa się po wierzchołkach gór,
po dolinach snuje się mgiełkami delikatnymi jak muślin,
wędruje dalej między polami,
drzewami, trawami, muska po drodze zapóźnione kwiaty
i te, które teraz szykują się do zaistnienia,
jak mój lubiany bardzo bluszcz.


Zastanawiam się, czy ja nie mogę
pójść sobie na spacer, tak po prostu -
pójść, pozbierać tu i ówdzie to i owo, i wrócić,
zamiast zachwycać się po drodze wszystkim jak wariatka?

No ale nie da się, po prostu się nie da.
Bo stale mi się wydaje, że jakaś magia nie z tego świata
zawładnęła okolicą i sprawia, że chmury są nadzwyczajnej urody,
drzewa jak zaczarowane, słońce łagodne jak w raju,
a na dodatek
kwiaty pod stopami.




A wariatka tańczy...
idzie, podskakuje, rozkłada ramiona, przystaje,
rozgląda się, coś zbiera, znowu idzie, siada, zapatrza się,
zamyśla, śmieje się sama do siebie, coś mamrocze,
coś z powietrza wyławia, klaszcze, idzie dalej...




...ustroiła się w naszyjnik z nasion i piórek,
i jak one, czuje się zwiewna, barwna i lekka.
Jak dobrze być wariatką i niczym, ale to niczym
nie przejmować się wcale.


Coś wszeptuje w osty, chucha na nie i dmucha,
zasusza w nich smutki świata,
sama pijana szczęściem zachwytów
kreśli przed sobą i w eter puszcza
niewidzialne, lśniące mandale.


Dzika róża, i wariatki są dzikie,
wszystko, co dzikie, ciągnie ku sobie -
w bezludne światy, w miękkie brody krasnali,
przez ścieżki, gdzie nocnych zwierząt sierść, ślady i kości,
i przejścia w inne wymiary.




Sięgaj gdzie wzrok nie sięga,
przenikaj wciąż głębiej i dalej -
wtedy bez trudu zobaczysz, że
jesień wychodzi z korzeni drzew,
czerwień z dzikiej róży, zieleń z bluszczu,
pełnia z pustego wiaderka, jeśli tylko spostrzeżesz,
że ona tam jest -
do pełnego nie nalejesz,
a w pustce wszystko się może wydarzyć.



Róża jest różą gdy ma swój cierń,
spokój jest święty, gdy przejdzie przez hałas,
cień wiatru przytula mnie do drzew,
z dziupli coś szemrze: wariatka, wariatka... 



By czerwień róży wlewać w dno świata,
jak płomień w popioły, jak krew życiodajną -
wariatki są po to, by tańczyć i klaskać,
  a to, co nie służy, fałszuje i zdradza -
na szali wiecznych przeciwieństw położyć,
suchymi liśćmi przeważać.