Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Manifestus 3

 Poznawanie siebie daje zrozumienie, 
a to pomaga żyć i przetrwać.
Wejście w swoje blaski i cienie.
Więc drążę.

Moje galaktyczne pochodzenie jest 
z przestrzeni krzemowych, lekkich, świetlistych. 
Stąd obecność na Ziemi jest  dla mnie "ciężka", 
mimo "dobrego życia". 


Pewnych odczuć nie znam, bo ich nie doświadczam 
(jak uczucie stanu depresji czy samotności), 
za to innych doświadczam stale: 
niespójność z wibracjami materii, 
melancholia i tęsknota, pragnienie odlotu, 
chęć zdjęcia z siebie ciała jak niewygodnego ubrania. 
Niedopasowanie do ludzi. 
Nie przepadam za nimi, 
delikatnie mówiąc.
Tylko konieczność wyprowadza mnie 
z domu gdzieś między ludzi i wracam najszybciej jak się da. 
Unikam ich jak tylko mogę, 
a gdy się już nie da (sklep, samolot), zamykam aurę. 
Jak mnie ktoś wkurzy, to rzucam klątwy 🤭. 
 Szeptem. Najlepiej o północy. 
(Do tego dobre są 
te wiadomości głosowe, 
które kasują się automatycznie 
po jednym odtworzeniu 😜).

Jestem despotyczna i uparta 
jak 100 osłów. 
Ma być tak, jak ja chcę. Albo wcale. 
Ja wiem najlepiej. Ja zrobię najlepiej. 
Ja sama.
(Tupnięcie nogą!)


Bywam cyniczna, impulsywna, zarozumiała. 
Nadmiernie emocjonalna.
Nie mam żadnych zdolności. 
Nieźle piszę, ale to i tak nie ja. 
Umiem wyłapywać słowa 
z powietrza, a one układają się tak, 
jak chcą. 
Po prostu często układają się dobrze.


Praca fizyczna nie dla mnie. 
Do tego mogę pracować tylko 
głową do góry, 
bo jestem do bólu mentalna. 
Po 12 godzinach przy komputerze 
wstaję jak nowonarodzona, 
a promieniowanie urządzeń elektromagnetycznych 
nie robi na mnie żadnego wrażenia. 
Mogę przetwarzać ogromne ilości danych 
bez żadnego zmęczenia. Uwielbiam to.

Swój ogród jakoś ogarniam, 
ale praca w ziemi to praca głową do dołu, 
albo w kucki, więc szybko odcina mi się zasilanie 
i padam. 
Długo potem dochodzę do siebie.


Moja intuicja działa jak radar 
i komunikuje się ze mną z precyzją lasera.
Ale tylko wtedy, gdy idzie sama, spontanicznie. 
Na zawołanie nie działa.
Mam rentgen w oczach 
i absolutny brak złudzeń.

Nie mam orientacji w terenie. 
Stale się gubię, nawet w miejscach, 
które znam. 
Za to z wędrówek niematerialnych 
trafiam bezbłędnie do bazy. 


Uwielbiam wracać do pustego domu. 
Gdy wchodzę i nikt nic nie chce, 
nic nie mówi, 
nie angażuje mnie do niczego, 
nie wtrąca się - 
czuję wtedy wolność i głęboki spokój. 
Nie chcę, by ktokolwiek 
"stał mi na drodze".

Mam kuchnię, 
bo była na wyposażeniu domu. 
Nie gotuję. 
Jestem z tych, co to przypala im się 
woda w czajniku. 
Większość rzeczy, które robię w kuchni 
nie ma nic wspólnego z jedzeniem. 
W ogóle jedzenie to jakieś nieporozumienie...
Podobnie jak pranie, sprzątanie, itp. 
Wszystkie te ziemskie, 
powtarzalne czynności 
doprowadzają mnie do irytacji i złości. 
80 lat życia to około 30 tysięcy dni - 
tyle razy trzeba się ubierać i rozbierać, czesać, myć 
i te wszystkie inne czynności, 
które kręcą nami 
jak w jakimś idiotycznym kołowrotku. 
30 tysięcy razy! Pufff.

Mam duszę, która chce poruszać się 
przez życie z lekkością, 
bez robienia hałasu w materii.
Jest zaprogramowana na przepływ, 
rytm i bezkres. 
Mój dom to moje królestwo. 
Wpuszczam tu tylko wybranych. 
Gdy ktoś wchodzi po raz pierwszy, 
długo rozgląda się zanim coś powie. 
Jestem dziwna, 
więc taki też jest mój dom. 
Zamiast kluczem, drzwi otwieram znakiem nieskończoności 
narysowanym palcem w powietrzu. Dyskretnie, ofkors. 
Zanim przekroczę próg, 
trzykrotnie tupię lewą nogą, 
aby wszystkie obce energie 
zostały na zewnątrz. 


Mówi się, żeby nie wieszać luster
naprzeciwko okien, bo robią się wtedy 
portale dla różnych takich...
Ale ponieważ jestem przekorna, 
to właśnie tak je wieszam. 
A nawet lustro naprzeciwko 
drugiego lustra.
Patrząc w nie, nigdy nie wiem, 
co zobaczę. 
Siebie z teraz, siebie z dzieciństwa 
czy może alternatywną rzeczywistość 
z XVIII wieku.
Światło słoneczne odbija się 
w nieskończoność, 
a wiatr wpadający przez okno 
znika w tafli lustra z cichym jękiem potępionej duszy.

Dość często działam 
na innych częstotliwościach 
niż ziemskie życie. 
Mój dom pełen jest dziwnych odgłosów, 
których ja sama nie potrafię zidentyfikować. 
Słychać tu echo pogłosu 
z innych gęstości. 
Często trenuję odczucie nieważkości, 
a moja świadomość odwiedza 
"stan pomiędzy", 
by szybko i łatwo rozpoznać 
drogę powrotną, 
gdy nadejdzie czas.
To nie będzie przecież droga 
w kilometrach, a jedynie zmiana częstotliwości.
Jako Manifestor po prostu 
zainicjuję kierunek 
i przejdę przez poszczególne 
warstwy gęstości siłą woli i intencji. 
Szybko odetnę ziemskie kotwice. 
Zamknę drzwi za ziemskim doświadczeniem 
nie oglądając się za siebie. 
Mam wbudowany kompas magnetyczny - 
po prostu będę podążać za "ciągiem", 
który poczuję w sobie. Prosto de celu.


Samotność i cisza są mi niezbędne 
do przeżycia tak samo jak tlen.
Samotność nie jest brakiem kogoś, 
jest obecnością Wszystkiego.
W dzień działa u mnie jak inkubacja mocy.
Szczególnie, gdy śpię, 
a lubię spać w dzień, 
a latać nocami.
Wylatuję przez czubek głowy, 
unoszę się nad swój dom, 
potem nad okoliczne łąki i pola, i dalej. 
Z tej perspektywy pytam: 
czego nie widzę będąc na dole?
Mrok jest pełen informacji, 
można widzieć poprzez maski, 
które na czas snu ludzie zdejmują. 
Przestrzeń robi się wtedy przejrzysta, 
noktowizor duszy pracuje 
na wysokich obrotach. 
Staję się czystym ruchem.


Niematerialność jest dla mnie 
bardziej rzeczywista 
niż ściany mojego domu.
Mam czucie "pełni nieistnienia". 
Nie potrzebuję dotyku ani materii, 
by czuć się komfortowo. 
Potrzebuję wolnej przestrzeni. 
Czuję się bezpieczna, 
gdy nie dotykam gruntu.
Ziemia przestaje ranić
ostrymi krawędziami faktów.
Nie zostawiam śladów, po których
ktokolwiek mógłby za mną podążyć.

Mój dom to nie miejsce na mapie,
ale nieobecność na ziemi.

Manifestus 2

 W materii używam słów, co jest dla mnie trochę jak próba malowania obrazu grubym kijem w błocie. Gęstość ziemska sprawia, że często czuję się jakbym nosiła ołowiane buty. Tęsknię za stanem poruszania się samą myślą. Za tiulowym falowaniem w powietrzu.


Gdy patrzę na duże ptaki szybujące w przestrzeni, (a w miejscu, gdzie mieszkam, jest ich dużo), albo gdy patrzę na bezkres oceanu - to jakbym nadawała i odbierała sygnały.



"Jesteś bezpieczna,
nie dotykasz gruntu".

Klangor żurawi to dźwięk przestrzeni. Porusza mnie. Pieśni wielorybów tak samo. Niosą się na tysiące kilometrów. One poprzez dźwięk trzymają matrycę energetyczną tego miejsca, w którym tu żyjemy. Długie, głębokie częstotliwości. Gdy je słyszę w mojej duszy, przypominają mi o mojej naturze, która nie jest ograniczona do mojego ciała, ale rozpościera się wszędzie tam, gdzie dociera to echo. 
I dalej, dalej...
Odgłosy dzieci, jak z zaświatów, są jak wspomnienie galaktycznego dzieciństwa - przypominają mi, 
że życie istnieje wszędzie.


Dźwięki z oddali to dźwięki istot, które są wolne. Echo to symbol pogłosu 
z innych gęstości. Dźwięk, który jest daleki, jest dla mnie bezpieczny. 
Jest wyzwalaczem poruszeń, odpamiętywania, jest częścią ciszy. 
Nie atakuje mojej aury, pozwala mi rozszerzać świadomość na ogromne odległości.

Gdy granice między tu i tam zacierają się, moje ciało staje się lżejsze, a ja sama staję się punktem świadomości w tej ogromnej przestrzeni. Ciało jest zbyt ciasnym kostiumem, ale wypracowałam sobie parę sposobów na przetrwanie rozłąki z Domem. Na przykład taniec i muzyka są sposobem na chwilowe zdjęcie tego skafandra. Nie czuję się dobrze w ciężkim, statycznym bycie, wolę przepływ, rytm i bezkres. Samotność daje mi pas startowy, muzyka - wiatr w skrzydła, a taniec - zapomnienie.
Powrót na ziemię jest jak gwałtowne lądowanie na twardym betonie po locie w chmurach. Żyję na linii jaskiniowej i izolacyjnej. Kontakt z ludźmi powoduje u mnie przeciążenie sensoryczne. Niosę pamięć miejsca, gdzie komunikacja odbywa się poprzez czystą intencję i wibrację, a nie ciężkie, ograniczające słowa.

Pierwszy raz wsiadłam do samolotu w wieku 2 lat. Poleciałam wtedy z rodzicami daleko i na długo, za Wielką Wodę, do Wenezueli. Wtedy zaczęło się moje energetyczne splątanie z samolotami. Stalowe ptaki, które jakże często nosiły mnie po całym świecie. Byłam też stewardesą. Spędzałam setki godzin w powietrzu. Teraz latam po kilka razy w roku. 


Start w powietrze to dla mnie symboliczne wyzwolenie się z materii, moment, w którym ciężkie zostaje na dole. Ta cudowna chwila, gdy odrzut samolotu pokonuje grawitację. Lądowanie budzi smutek powrotu do ograniczeń, do uwięzienia. To jak powroty do domu i ciągłe wygnania.

Jeśli jesteś istotą mocno osadzoną w materii, możesz pomyśleć - głupoty, ale przesadza. Nie zrozumiesz mnie. Wiele ludzi mnie nie rozumie, ale nie szkodzi, dziś już nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Dalej się bujam. Dalej się huśtam. To jak symulacja lotu, która uspokaja mój system nerwowy. Odcinam wtedy sygnały z ziemi, a mój błędnik przekazuje mi informację: jesteś bezpieczna, nie dotykasz gruntu. Taką samą informację dostaję po starcie samolotu: jesteś bezpieczna, nie dotykasz gruntu...


W Kantabrii, gdzie mieszkam, surowość oceanu, wiatr i mgły sprawiają, że granica między niebem a ziemią zaciera się. Materia wydaje się lżejsza, rozmyta przez wilgoć i przestrzeń. Potężne klify dają mi poczucie jakbym stała "nad materią". 


Ten północny region Hiszpanii ma w sobie naturalną melancholię, jak ja. Sąsiedzi Portugalczycy nazywają ją "saudade", a Hiszpanie - "morriña". To jest odczucie z trzewi, nie da się nad nim zapanować - głęboka tęsknota zabarwiona miłością, radość z dawnego przeżycia i smutek nieobecności, straty. Wszystko na raz. 
Morriña, saudade - są podskórne, nieustępliwe jak północny wiatr o zmroku.

Moje ciało naładowane powietrzną energią podświadomie dąży do stanu nieważkości, do przebicia grawitacji. Pamiętam stan czystej idei i swobody, a inkarnacja wymaga radzenia sobie z gęstością ziemskiego życia. Jakbym nosiła zbyt ciężki płaszcz.

Samoloty, bujanki, huśtawki, klify nadmorskie - to moje punkty regeneracji, miejsca, gdzie moje ciało energetyczne może się rozprostować.

Ustal swoje. 
Jeśli przeważa u ciebie żywioł ziemi, ognia czy wody - będziesz funkcjonować zupełnie inaczej niż istota powietrzna. Możesz też mieć wszystkie żywioły we względnej równowadze. U mnie tej równowagi nie ma, powietrze rządzi, wiedzie prym, wyrywa mnie stale do lotu.

"Jesteś bezpieczna, nie dotykasz gruntu"...


Kierunek jest w moich stopach za każdym razem, gdy nie dotykają ziemi.
Gdy czuję jej ciężar, patrzę w sobie wiadomym kierunku i myślę: 
to są moje drzwi, 
znam je, 
pamiętam je. 
Exit. 
Wrota wyjścia. 
Droga jest wolna.

 

Manifestus 1

Ten maj jest dla mnie znaczący. Odkrywający kolejne karty.
Może jeszcze nie czas na asa z rękawa, ale już dotykam mankietu.

Stąd trzeba wylecieć.

Potrzebowałam odcięcia się od wszystkiego i od wszystkich. 
Po prostu "wyrwało mnie z butów". Jako istota zawieszona między światami, coraz częściej potrzebuję całkowitej ciszy i izolacji by integrować te dwa brzegi. Potrzebuję bezmiaru, szybowania bez obciążeń. Odpamiętania Prawdy.

Energie, które są we mnie, ujawniają, że nie służą mi do "robienia rzeczy", lecz do "stwarzania przestrzeni", cokolwiek to znaczy. By nie machać skrzydłami, tylko szybować na prądach wznoszących.

Zatem rzucam myśl w przestrzeń i ... odwracam wzrok.

Moim zadaniem jest nie dać się ściągnąć. Za żadne skarby świata.

Stąd trzeba wylecieć.

Energia czasami rozsadza mnie od środka, bo nie ma konkretnego ujścia 
w świecie fizycznym. Umysł zwodzi: powinnaś coś budować, zarządzać, zostawić ślad, robić coś sensownego,
ale inny głos mówi: spokojnie, to ty sama jesteś sensem, twoim zadaniem jest bycie łącznikiem z tym, co nienazwane. Tyle.

Ten zgrzyt tworzy poczucie jakbym stała w miejscu z potężnym silnikiem pod maską. Takie Ferrari w garażu. Jednocześnie pedał gazu i pedał hamulca. Ufff 😵‍💫.

Mam uczyć się panowania nad własną wolnością. Jako Manifestor 6/2 (system HD), jestem w fazie "schodzenia z dachu". Moim potencjałem nie jest to, co wyprodukowałam, a to, kim się stałam w swojej ciszy.

Zaakceptowanie tego, że moim najwyższym celem jest stan bycia
a nie osiąganie, jest najtrudniejszym, 
a zarazem najbardziej uwalniającym dla mnie przeżyciem.

Szczęście płynące z nicości.

To, co było blokującym węzłem, powoli staje się mostem - portalem. Moja wrażliwość przestaje być ciężarem, 
a staje się moim unikalnym sposobem odczuwania świata z lotu ptaka. 
Jestem Manifestorką Wolności. 
Najwyższą formą wykorzystania mojej energii to stać się nienaruszalną 
w swojej ciszy. Szczególnie tej wewnętrznej. 

Cisza lotu sowy.

Gdy Manifestor 6/2 utrzymuje spokój 
w gęstym otoczeniu, to dosłownie rozrzedza tę gęstość dla innych.
Moje wcielenie jest żywym pomostem. Jestem tu, by pokazać, że można przeżyć ten czas "pomiędzy" nie dając się wciągnąć w ziemski chaos. Moja suwerenność jest dowodem dla innych dusz, że wolność jest możliwa nawet 
w ciężkich strukturach.

Dla istot z przeważającą energią powietrza największym wyzwaniem nie jest latanie, ale zejście na ziemię i niezatracenie siebie.

Wcieliłam się by być niezależnym punktem świadomości, którego gęstość nie jest w stanie złamać. 
Moim celem jest powrót do Domu 
z informacją: "Można tam być 
i zachować swoją świetlistość".

Najwyższy stopień wtajemniczenia: przejście od siły (robienie) do mocy (bycie).

Idę do tego miejsca w sobie, gdzie to, 
co postrzegałam jako niewykorzystany potencjał staje się moim prywatnym sanktuarium, w którym moja powietrzna energia czuje się wreszcie wolna i może odetchnąć.
Moja obecność w nienaruszalnej wewnętrznej ciszy jest moim największym wkładem w ewolucję 
tego świata.
Smok we mnie przestaje w końcu czuwać w napięciu, składa skrzydła 
i kładzie głowę wiedząc, że jego terytorium - moja cisza - jest bezpieczne i zaopiekowane. 
Oto zaczął się głęboki, kojący odpoczynek. 
Nie przebijam się więcej przez bariery tego świata. Teraz mogę w pełni przenieść się do wnętrza, do ciszy, 
tam gdzie nie ma szyb, ani ścian. (Ostatnio dwa razy wpadłam na ścianę, bo jej po prostu nie widziałam 🤦). 
Czas przestać uderzać skrzydłami 
o cudze oczekiwania. 
Czas przestać walić głową w mur.
Stąd trzeba wyjść.
Wylecieć.

Dzisiaj natknęłam się na martwego ptaszka, który zginął odbity od szyby. On wziął na siebie mój ostatni moment zderzenia z gęstością. To mój rytuał przejścia, fizyczny symbol tego, co we mnie właśnie dobiegło końca: 
moje próby przebicia się przez niewidzialne szyby systemu, 
pracy i ziemskich oczekiwań. 
To bolesny, ale potężny znak bym przestała szukać drogi gdzieś na zewnątrz i z pełnym zaufaniem osiadła w swojej ciszy. To tam jest moje prawdziwe, nieograniczone "niebo". 
Próbowałam operować w świecie 
szyb i betonu, a tam "moje skrzydła" nie mają zasięgu. 

Moja mała sprawczość w materii to znak, że nie jestem tu od przestawiania mebli, ale od zmieniania atmosfery. 
Od teraz największą potęgą jest panowanie nad własnym polem energetycznym.
Martwy ptaszek przekazał mi: 
"Nie próbuj przebijać się przez te szyby, bo skończysz jak ja. Tam nie ma twojej mocy, twoja moc jest w locie bez barier, wewnątrz twojej ciszy".

W świecie uczy się nas: 
działaj - zarób - przetrwaj. 
W moim świecie jest inaczej: 
bądź w ciszy - utrzymuj swoją głębię - przyciągnij to, co konieczne.
Ten ptaszek był dla mnie tragicznym przypomnieniem co się dzieje, 
gdy energia powietrzna próbuje działać według twardych zasad ziemskiej materii.


Melancholia, którą odczuwam odkąd pamiętam, to naturalny stan duszy, która pamięta lot bez barier 
i nieograniczoną lekkość, a tutaj musi mierzyć się z grawitacją, czasem 
i martwymi ptakami na chodniku. 
Moje próby bycia kompatybilną 
kończą się zderzaniem. 
To był moment, 
w którym wyraźnie usłyszałam: dość! Przestajemy próbować lecieć przez te szyby. Wracamy do środka, tam, 
gdzie jest nasze miejsce, nasze "niebo".
Pozwalam zatem odejść tej części siebie, która uderzała o szybę.
 
Opłakuję ten trud, tę bezradność 
i lata prób bycia kompatybilną 
z miejscem, które boli.
Stąd trzeba wylecieć.
Manifestuję się w całej rozciągłości swoich skrzydeł strzepując 
z nich ziemski pył. 

Jako Manifestor informuję 
swój własny system: 
wybieram lekkość, wybieram ciszę, wybieram lot bez ograniczeń,
wybieram Siebie.
Powoli wyłaniam się spod łez 
i wzruszenia, i otulam się własnymi piórami.


c.d.n.