.

.

Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami, albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Traductor
English French German Spain Italian Dutch Russian Portuguese

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Patykiem na wietrze

Po kilkudniowych ulewnych deszczach
nastała pogoda jak marzenie. 
Powiał sur - ciepły, południowy wiatr.
Temperatura jak w lecie, ale długie cienie, 
grzybowe zapachy i wirujące w powietrzu liście
przypominają, że czas powoli schodzić niżej i chować się głębiej, 
w nasze jesienno - zimowe wełny i puchy,
gawry, norki i schronienia.

W tym czasie lubię zaszyć się w swojej Marowni - miejscu magicznym,
gdzie siano pod stopami, ogień w palenisku,
pachną suszone latem zioła i bukiety, 
czas zwalnia, a myśli ustają.
Wchodzę...


Zapalam kadzidło
i wybieram patyki  do przywołania ognia. 






Patyki. Absolutnie mam do nich słabość.
Stale je zbieram, i połamane konary też, i postrącane gałęzie. 
Patyki są po prostu piękne, każdy inny i jedyny w swoim rodzaju.
Jeszcze niedawno tańczyły na wietrze, było w nich życie, płynęły soki.
Teraz - kruche i łamliwe, nieme, choć jednak opowiadają swoje historie.
A sęki mrugają jak pawie oczka.
Wiele z nich zostaje ze mną, bo są tak wyjątkowe, że nijak nie idzie ich spalić :)







Wołam ogień. Przychodzi.


Przez okienko oplecione bluszczem zagląda słońce.


Szeleszczę sianem. 
Jego zapach nadal jest ciepły i intensywny, łąkowo - słoneczny.


Mijam siebie w lustrze,
na chwilę zostawiam płonący ogień i wychodzę do ogrodu, i dalej,
na pobliskie wzgórza.



Po drodze mruga do mnie malownicze, kapeluszowe towarzystwo.


Idę i myślę o tym, że oto zaczyna się już drugi miesiąc jesieni.
To jest dla mnie ta chwila, od której coraz mocniej 
zaczynam czuć proces pogłębiania się podziemnych korytarzy. 
Nasze ciała przynależą do Ziemi - i do ziemi, i jeśli tylko jesteśmy z nią blisko,
zestrojeni z jej pulsem i wibracją, to razem z nią
bierzemy teraz wdech i w rzece pod rzeką omywamy się,
uspakajamy, odpoczywamy.
Wiatr wydaje się być na powierzchni, ale to złudzenie.
Znakomicie potrafi dotrzeć aż do szpiku kości.
Kto raz został "przewiany na wskroś" ten wie, co mam na myśli.
Inaczej przechodzi poprzez nas ciepły wiatr, inaczej zimny.
Dziś jest ciepły, niestały. Ma silne zrywy, ale chwilami cichnie i daje czas
na przygotowanie się do następnego porywu.

Gdy potrzebuję coś w sobie poukładać, jak teraz, 
idę na wzgórza, bo wiem, że tam wiatr zrobi ze mną porządek.
Wiem, że poruszy we mnie pranę, wyczyści, wylśni, dotleni.
Stanie na wietrze jest jak powietrzna kąpiel -
wszystkie komórki ciała ładują się, nasycają eterem.
Przypomina mi się, jak Carlos Castaneda pisał o tym,
że każda kobieta ma swój wiatr.
Idę zatem złapać swój, a raczej pozwolić, aby to on mnie wziął.


"Każda z kobiet ma właściwy sobie kierunek.
Właściwy sobie wiatr.
Wojowniczka może użyć swojego wiatru
do czego tylko będzie chciała.

Cztery wiatry to kobiety.
Dlatego właśnie kobiety wojowniczki ich szukają.
Wiatry i kobiety są takie same.
Kobiety szybciej się uczą, kiedy złączą się z odpowiednim wiatrem.


PORZĄDEK

Bryza to wschód.
To wiatr poranny, zwiastun dnia - przynosi nadzieję i światło.
Czasem jest słaby i niezauważalny,
innym razem może być dokuczliwy i napastliwy.
Bryza jest wesoła, zgrabna i przebiegła,
optymistyczna, pogodna, gładka, wytrwała jak stały wietrzyk.


WZROST

Ciepły wiatr to południe.
Ogrzewa, ochrania i ogarnia wszystko.
Jest szczęśliwy i zepsuty, i chełpliwy.
Dla czarownic jest to mocny wiatr, jego moc przychodzi wraz ze zmrokiem.
Kobieta opiekuńcza, głośna, nieśmiała, ciepła jak gorący wiatr.


UCZUCIE

Zimny wiatr to zachód.
Wiatr popołudniowy, smutny i dokuczliwy, nigdy nie zostawi cię w spokoju.
Wyziębia ludzi i doprowadza ich do płaczu.
Mimo wszystko, posiada on taką głębię, że niewiele jest rzeczy
tak wartych spotkania jak ten wiatr.
Jest markotny, zmienny, a często melancholijny i zamyślony.
Kobieta zamknięta w sobie, pełna skruchy, zręczna,
przebiegła jak zimny powiew wiatru.


SIŁA

Silny wiatr to północ.
Zimny albo gorący, albo i jedno i drugie.
Ten wiatr przychodzi w środku dnia.
Jego podmuchy są pełne mocy, ale też pełne zaślepienia.
Forsuje drzwi i burzy ściany.
Czarownica musi być niezwykle silna, aby go przyjąć.
Silny wiatr jest energiczny, dominujący i niecierpliwy.
To kobieta pomysłowa, śmiała, bezpośrednia,
nieustępliwa jak silny wiatr.


Jeśli kobieta się wyciszy i zatrzyma wewnętrzny dialog,
jej wiatr weźmie ją sobie i już!"


*

Dobrze, gdy wiatr nam w życiu sprzyja.
Gdy popchnie nas lub powstrzyma w najodpowiedniejszym momencie,
ochłodzi, gdy gorąco, pogłaszcze po skórze, rozwieje włosy.
Wymiecie kurze i pajęczyny z rutyny życia,
zakręci wesoło karuzelą w lunaparku codziennych zdarzeń.
Będzie łagodny i łaskawy dla naszych kręgów na wodzie,
domków z kart i szałasów z patyków.
I poniesie wysoko latawce naszych marzeń.

Dom, ciepły dom

Przyszły deszcze.
 Pierwsza jesienna fala obfitego deszczu.
Ale jeszcze ma być ciepło i słonecznie,
jeszcze nacieszymy się spacerami, dozbieramy kasztanów i orzechów,
wyciśniemy ostatnią słodycz z fig.
A póki co - kominek buzuje, herbata paruje, świece lśnią.


Niegdyś, gdy tylko nastały chłody, życie przenosiło się do domu.
I teraz też tak jest.
Tylko że teraz już niemalże nikt nie puszcza w ruch wrzeciona,
nie zajmuje się tkaniem i własnoręcznym przygotowywaniem swoich ubrań od podstaw. 
Jak to było?
Gdy z własnego pola zebrano len, łodygi roszono, 
czyli rozkładano na łące, żeby zdrewniałe części zbutwiały.
Dzięki temu później, podczas międlenia, które polegało na
uderzaniu w wysuszone już łodygi, te łatwiej oddzielały się od łyka.
Części, które podczas uderzania odpadały - to paździerze.
I to one dały nazwę październikowi.
Paździerze wyrzucano, a z reszty łodygi powstawała przędza.
Z wyczesaną, upraną, wysuszoną i nawiniętą na szpule,
siadano do kołowrotka.


Gdy z lnu i wełny tkano płótna, bajano przy tym i gawędzono,
i przyśpiewywano, i nici snuły się na równi ze słowami.
Na polach pustki, a w domach tętniło życie.

Czasy bardzo się zmieniły i stare zwyczaje odeszły do lamusa.
Nie mam kołowrotka ani licznej rodziny,
jesienne wieczory nie schodzą na bajaniu i bajdurzeniu,
ale czasami - na wspominaniu.
I tak, siedząc przy kominku w ten październikowy wieczór,
dałam się ponieść obrazom z przeszłości, które wyświetliły mi...
domy.
Domy, w których mieszkałam.
Wszystkie wspominam z czułością.

Gdzieś pomiędzy były mieszkania. 
Mniejsze, większe, w różnych miastach. 
Też bardzo kochane. 
Ale dziś napiszę o domach. 
Ktoś kiedyś powiedział:
"bo to były domy, a nie mieszkania, 
a domy, jak i psy, są ludźmi..." 


Ten w Urugwaju, dawno temu, wciąż jest żywy we mnie najbardziej,
bo trudno było mi się z nim rozstać.
Ostatniego dnia chodziłam apatycznie po wszystkich pomieszczeniach
i pytałam siebie, połykając łzy: to jak to, jak to? Już trzeba wyjść?
Już nigdy tu nie wrócę? Wrócę jakoś. Muszę wrócić!

Nie wróciłam.

Choć podróż sentymentalna do Urugwaju wciąż mieści się w planach
na to życie. 
Odnajdę ten dom natychmiast i prosto z serca
spojrzę mu prosto w okna.


A okna z jednej strony patrzyły na ogród, z drugiej - na park. 


Z tarasu od strony ogrodu można było dotknąć liści wysokiej palmy, 
które z najmniejszym podmuchem wiatru cudnie szeleściły.

Dom w Ekwadorze. Wysoko, na wzgórzu,
z którego widać było fragment Quito.
Miasto położone na prawie 3 tysiącach metrów n.p.m.,
blisko równika, na stokach czynnego wciąż wulkanu Pichincha.
Na tej wysokości, gdzie tlenu mamy znacznie mniej,
chcąc nie chcąc, żyje się bez pośpiechu,
ponieważ każdy ruch wymagający wysiłku czy prędkości
przyprawia o zadyszkę i gwałtowne bicie serca.


W dzień - okoliczne góry - wulkany i miasto w dolinie,
wieczorem - morze świateł. 
Dom, w którym dzwoniły szyby i kołysały się lampy,
gdy ziemię nawiedzały mniejsze lub większe wstrząsy,
tak typowe dla tego regionu.
Pewnej nocy 6 i pół stopnia w skali Richtera mocno dało się nam we znaki.
Na samo wspomnienie robi mi się niedobrze.
Do tego świadomość bezpośredniego sąsiedztwa aktywnego wulkanu,
który realnie zagraża miastu,
dopełniał odczucie podskórnego niepokoju.
Lubiłam ten dom, ale jednak podróży do Ekwadoru nie planuję ;)


I domy w Hiszpanii.
Pierwszy - w okolicach Madrytu. Centrum kraju.
6 lat miłości, przytulności, szczęścia.
W ogrodzie drzewa oliwne, wierzba płacząca, lawenda
i dużo bluszczu, malowniczo oplatającego ściany
i zwieszającego się na kamienie skalne, 
a w wielu miejscach na podłożu zajmującego miejsce trawy.






Dwa kolejne domy - w Andaluzji. Południe.
3 lata absolutnego zauroczenia wszystkim dokoła:
zwieszające się bugenwille,
juki, kaktusy, wszechobecne palmy, 
pachnące tymianki i rozmaryny, i obfitość kwiatów wszelakich,
których nazwy są mi nieznane; kwiatów, które cieszyły oko i duszę.


Białe domki i domeczki
poprzytulane do zboczy gór, patrzące na nieodległe Morze Śródziemne.




Tam uczyłam się piec chleb. Od skrzatów :)
Sielanka, po prostu.


I dom, w którym jestem teraz. 
Aby w nim zamieszkać, jadę na przeciwległy kraniec Hiszpanii, 
ponad 900 kilometrów. 
Kantabria. Północ. Zupełna zmiana scenerii.
Magiczne klimaty mgieł, wielkich, zielonych przestrzeni
poprzetykanych pastwiskami, strumykami i wstążeczkami ścieżek.




Drzewa kasztanowe i figowe, jesiony i eukaliptusy, 
mimozy, magnolie i kamelie, i hortensje, hortensje, hortensje.




Dwukolorowe zimy, biało - zielone.



Domy z kamienia czyli cabañas, są atrakcją dla turystów.
Często widać je samotne, wysoko w górach, tuż pod chmurami.



A za górami - atlantyckie plaże, spienione, huczące, rzadko spokojne.




Różne domy, różne historie i etapy życia. 
I tak sobie myślę, że miałam dużo szczęścia
mogąc rozpalać ogniska domowe w tak przyjaznych, ciepłych domach
w niezapomnianych krajobrazach.

Jaki dom i gdzie czeka jeszcze na mnie? 

Zawsze teraźniejszość, która wpuszcza w siebie przyszłość
odchodzącą w przeszłość.

*   *   *

I jeszcze, na zakończenie,
mój stary wiersz o starych domach:


stare domy
obrastają historią lat
szyby drżą na wspomnienie
awantur lub dźwięcznego śmiechu
futryny pamiętają
przebiegające dzieci
i trzaskanie drzwiami
a drzwi - podglądanie
przez dziurkę od klucza
ściany wszystko słyszały
okna wszystko widziały
sufity dzielnie trzymały
kryształowe żyrandole
a podłogi dusiły się
od ciężaru wełnianych dywanów
kuchnia kręciła nosem
na zbyt mocne aromaty
łazienka ciężko dyszała
od nadmiaru pary
pokoje lubiły zamieniać się miejscami
tak dla hecy
a ludzie byli tak zabiegani
że nikt tego nie zauważał

ludzie, ludzie... bez nich domy
zapadają się w sobie
na ruinie wspomnień
na ruinie cegieł

domy, domy... bez nich ludzie
zapadają się w sobie
na ławce w parku
pod gołym niebem


Szelest

Szelest liści budzi u mnie tęsknotę,
nie wiadomo za czym, nie wiadomo dlaczego.
Nie tylko ten jesienny.
Każdy.
Ale jesienny bardziej.

Cieszę się każdą porą roku, choć nie każdą tak samo mocno.
Szczyt radości przypada pod koniec czerwca,
a gdy temperatura otoczenia
zbliża się do temperatury ciała - prawie lewituję,
tak mi dobrze.
Gorący wiatr po zachodzie słońca
powoduje u mnie bezsenność ze szczęścia i dobrostanu.

Wraz z upływem miesięcy lekko opada mój nastrój,
a najniższe wskaźniki pokazują się w grudniu i styczniu.
Potem znów zaczyna się tendencja zwyżkowa.
Taki wdech i wydech,
bo przecież żyjemy w cyklach.

Jesień powitałam dziś zupą grzybową.
Z grzybów zebranych dopiero co.
Taka obfitość wszystkiego wszędzie wokół,
zbieramy i zbieramy, i końca nie widać.
Figi, orzechy, kasztany jadalne, dzika róża, tarnina.
Maliny, kapary nasturcji, dzikie jabłka.
A gdy schylam się po kasztany i orzechy,
słyszę ten szelest liści.
A gdy ręce wyciągam w górę, ku gałęziom,
po figi, po tarninę,
słyszę ten szelest liści.
Wiatr pędzi, nie zważając na nic,
a liście rozmawiają ze sobą, z nim, ze mną.
O tęsknocie. 
Nie z tego świata i nie za tym światem.

Szelest...

Gdy wędruję na spacer uliczkami małych miasteczek,
których wiele tu w okolicy,
ten szelest jest wszędzie.
Nawet gdy nie ma liści.
Jest wszędzie tam, gdzie ja.
Bo on idzie... ze mnie.

"Ta ulica, podobnie jak każda inna,
prowadzi do wieczności..."


Każdy ma swój szelest, swoje tęsknoty, swoje uliczki i miasteczka.
Gdy ucichną, wtedy na nowo przypomnimy sobie...
wieczność.


"Przekonanie, że świat jest taki, jakim się wydaje,
jest bardzo głupie.
Świat wokół nas jest bardzo dziwny.
To tajemnicze miejsce
i niełatwo ujawnia swoje tajemnice.
Ta ulica, podobnie jak każda inna,
prowadzi do wieczności.
Musisz tylko pójść nią w absolutnej ciszy.
Już czas.
Ruszaj! Ruszaj!"
(Carlos Castaneda)

Koniec sezonu

... czyli fin de temporada.

Kiedyś nie mieszkałam w pobliżu morza.
Ale od kilkunastu lat, tak.
I odkąd zakosztowałam tej bliskości, zrozumiałam, a właściwie odczułam, 
jak bardzo jej pragnęłam.



Nadmorskie miasta i miasteczka mają jedyny w swoim rodzaju klimat.




Inny w trakcie apogeum lata, a jakże odmienny po sezonie, 
w tym nagłym uciszeniu, uspokojeniu, opustoszeniu, 
które przynosi ulgę zmęczonym tłokiem i gwarem uliczkom, 
drzewom i chodnikom pod stopami. 




Odpoczywają ławeczki i kawiarnie, schodki i dróżki, i piasek.




I osiołki też.



Lodziarnie już bez kolejek i znowu można normalnie zaparkować.
Teraz już głównie tubylcy kręcą się po rynku i bulwarze, 
wystawiają twarz do słońca,
wysiadują na ławkach na placu z fontanną 
i pozdrawiają się swoim codziennym "buen día, qué tal?"
A na plaży pusto.
Skały bawią się w chowanego i patrz!
Możesz się schować i ty, i nie dać się odnaleźć...


"Koniec sezonu.
Letników coraz mniej, wiatr zamiata plażę, szeroko,
jakby ją chciał gruntownie po nich oczyścić.
Morze szumi tragiczniej i piękniej,
sosny wtórują.
Jest wspaniale i nudno.
I w życiu, tak samo, po sezonie,
przyjaciół coraz mniej wkoło nas,
pustoszeje świat.
Żywioły za to przychodzą do głosu.
Dla nas szum sosen, dla nas rozpętany głos morza.
Zapóźniajmy się więc na plażach,
wytrzymujmy "la saison morte"..."
(Maria Pawlikowska - Jasnorzewska)





Co prawda "martwego sezonu" tu, w Hiszpanii, właściwie nie ma nigdy, 
ale wrześniowa "vuelta al cole" czyli powrót dzieci do szkół, 
jest też czasem powrotu do względnej równowagi.
(Hiszpania jest drugim, po Francji, 
najchętniej odwiedzanym krajem na świecie 
- co roku przepływa tu fala ponad 50 milionów turystów. 
To widać, to słychać, to czuć).


Zatem wrzesień. 
Kwitnące pióropusze plumeros oznajmiają to jednoznacznie,
punktualnie, jak co roku o tej porze.
Kto chce, może pojeździć po plaży konno,
albo posnuć się po mieście, przystanąć w bramie,
posłuchać w zakamarkach starych kolumn
echa mijającego lata.



Można poukładać fantazyjnie patyki wyrzucone przez morze,
można iść bez końca.




"mądra kobieta mówi:
życie jest piękne
mądra kobieta mówi
woda jest ciepła
wyciągam rękę
dotykam wody

kobieta mówi: jest miłość
myślę: czemu nie miałabym uwierzyć
raz jeszcze
jak łatwo wierzyć na rozgrzanej
plaży południa
kiedy drży skóra
całowana
wodą i słońcem"
(Halina Poświatowska)


"rozkołysane morze jest naszym wnętrzem
i flotylle odpływające w przyszłość
chwieją się zakotwiczone
w zgięciu naszych kolan
w półksiężycu uniesionych stóp"
(Halina Poświatowska)



"szum morza w otwartym oknie
budzi mnie w nocy znienacka
świat leży przy mnie i błyszczy
jak złotych gwiazd pełna tacka"
(Maria Pawlikowska - Jasnorzewska)



"horyzont zasnuty czerwono
to słońce umiera
aby mogła narodzić się noc"
(Halina Poświatowska)




"przystanęła woda
aby otrzeć się o stopy
nieznanemu brzegowi"
(Halina Poświatowska)




Wciąż jest ciepło. 
Ale ciepło inaczej, bo zapach inny, i cienie coraz dłuższe.

Tak, kiedyś nie mieszkałam blisko morza.
Teraz tak, i to jest wielka rzecz.


"Grają świateł milczące kuranty:
- czemuż dnie być nie mają
jak świecące brylanty?
Śmieją się wszystkie fale
białymi zębami:
- czemuż nie być szczęśliwym
dniami i nocami?"
(Maria Pawlikowska - Jasnorzewska)