Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Traductor
English French German Spain Italian Dutch Russian Portuguese

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Babie lato

w wysokich jesionach wokół
coraz częściej odzywa się wiatr - el viento
mówi, że jesień... że tarnina, że jarzębina
a ja mówię - mniszki do sałatki
chodź, kocie mój, pozbieramy


poleżymy na trawie, pooddychamy
jeszcze jest zielono, tak bardzo zielono
choć kończy się już wrzesień
i sypią się kasztany


tak, jesień - otoño, nitki babiego lata
plączą się między palcami
ale, między niebem a jesienią
też jest piękne życie - 
te dzikie róże, dynie, obrus w kolorze ecru
dymiące kopczyki liści
i długie wieczory z duszą i melancholią
utkane ze spokoju
i nieuchwytnej magii







Chciał, nie chciał, lato odeszło.
I mimo że odczuwam takie wewnętrzne "nie chcę!",
to jednak jestem już pogodzona 
z przemianami koła natury,
żyję mocno zanurzona w jej cyklach
i mój wewnętrzny torus powoluuutku ciągnie mnie już
do środka.
Do zamyśleń, zapatrzeń, świec, nostalgii i ciszy.


Na szczęście mieszkam na południu Europy,
więc jest łagodniej.
Liście jeszcze nie opadają i wciąż kwitną kwiaty.
W dzień słońce wciąż mocno grzeje,
ale wieczory i poranki już gnają mnie do szafy po sweter.
Istoty mgielne coraz częściej wychylają się
zza gór i szykują swoje mleczno - szaro - srebrne tiule i woale,
bo już wkrótce będą nimi oplatać pola, łąki
i bezkresne kantabryjskie doliny.

Skończył się przepiękny czas.
Pełen lata w lecie, takiego najprawdziwszego.
Wdzięczność. 



Jesienne zrównanie dnia z nocą,
święto Mabon, celebruję przez kilka dni.
To taki szczególny moment na kole roku,
taki akcent, znak dla samej siebie,
że oto zmiana, w którą trzeba wejść
i popłynąć w niej bez oporu,
jak statkiem niesionym jesiennymi chmurami.


Mój futrzak kontroluje, czy może nie potrzebuję już
chwilowego "szalika z kota" 😀,
ale nie - jest ciepło, bo to przecież teraz pora
na indian summer - indiańskie lato.


Zaobserwowano, że często jest tak,
że od połowy września aż do końca października
pojawia się ciepła, słoneczna i prawie bezwietrzna pogoda,
a nocami temperatury znacznie spadają.
Podczas dnia leciuteńkie podmuchy powietrza
unoszą ze sobą młode pająki, 
które jadą na swoich cienkich niteczkach
niczym na linach i rozglądają się
za odpowiednim miejscem do spędzenia zimy.
Trzepoczące pajęczyny. 
Późne lato tkających pająków.
Nitki babiego lata.
Wszędzie ich teraz pełno.
To nieodzowny element indian summer.


Zatem teraz czas między Mabon a Samhain.
Pisałam o tym w zeszłym roku:

*

"Spacerując wśród mchów i paproci
słyszę nad tym drzewem, co się złoci
ostatnią nić lata, jak tu pęka
jakby ją zerwała czyjaś ręka..." 
(Stevan Raicković)


Jeden więcej

 Przez jeden punkt można poprowadzić nieskończenie wiele linii prostych. 
Ale przez dwa punkty - linię już tylko jedną.
Dodano jeden jedyny punkt, 
a on spowodował tak wielką zmianę, ograniczenie - 
z nieskończenie wiele linii do jednej.

Jedna kropla więcej, a się przeleje.
O jedno słowo za dużo, a można żałować latami.
Jeden gram więcej na szali wagi w końcu przeważy całość.
Jedna decyzja, a skutki mogą się ciągnąć całe życie.
Jeden kamień więcej, a wszystko się zawali.



Trzeba wiedzieć, dokąd można się posunąć, 
aby nie posunąć się za daleko. 
Jeden więcej lub jeden mniej może zadecydować o całości.


Z drugiej strony - czasami coś się trzyma nie wiadomo jak,
a czasami coś się wali, choć wcale nie powinno...

Kamienie. 
Każdy jest inny. 
Mam wrażenie, że przechowują w sobie 
całą energetyczną pamięć Ziemi. 
Powierzono im to zadanie, bo są dyskretne, skryte i milczące.
Nie zdradzają tajemnic i sekretów życia mandali.



I drogi kamienne. Stare. 
Mają tu dużo ciszy i spokoju, 
bo ludzkie stopy rzadko tu docierają.



Kamienie.
Wygląda jakby się tu wpasowały na wieki wieków.
Aż do czasów ostatecznych, gdy ziemia się poruszy, zadrży, 
zatętni wewnętrznym pulsowaniem swojej wielkiej mocy,
otworzy się i wszystko pochłonie.


Przyglądam się im z bliska.
Niektóre są gładkie, niektóre chropowate,
niektóre zimne, inne ciepłe od słońca,
nieruchome, senne, zamknięte w sobie.
Zdziwione, że ktoś się nad nimi pochylił, dotknął dłonią,
a nie tylko butem, pogłaskał, uśmiechnął się.


Jeden więcej, myślę, jeden więcej.
Jeden cudowny dzień więcej w moim życiu.
Tu, wśród drzew, bluszczy, mchów i paproci.
Ile ludzi nie przeżyło już dzisiaj jednego dnia więcej?
Czy mamy tego świadomość?
Czy doceniamy swój jeden dzień więcej?






Co dzisiaj zbudowaliśmy?
Co W SOBIE zbudowaliśmy?
Co dodaliśmy do naszego życiowego plecaka?
Jeden kamień więcej?
A może jeden uśmiech, jedno czułe dotknięcie, 
jedno podarowanie komuś - czemuś czasu i uwagi.


"Budowałem na piasku
i zawaliło się.
Budowałem na skale
i zawaliło się.
Teraz budując zacznę
od dymu z komina".
(Leopold Staff)


Taaak - zaszeleściły liście.
Taaak - milcząco przytaknęła Cisza.
Taaak - powiedzieli Żwirek i Muchomorek
wychyliwszy się zza skały:
istnieją w tkance świata
eteryczne serca pełne dźwięku Źródła
 i takie kruchości i ulotności,
które wszystko przetrwały.

Dojrzałość

Niektóre wieczory pełne są miękkiej przytulności.
Gdy lekka mgiełka otula kontury gór,
a coś niewidzialnie przyjemnego krząta się wokół.
Wtedy właśnie są te wieczory z aksamitu.
Jak ten.

Wzdłuż gasnącego już powoli sierpnia
rozciąga się dojrzałość i obfitość późnego lata.


Przyglądam się, co już gotowe jest do zbiorów,
a co dopiero będzie za tydzień, za dwa, za trzy.

Figi już pękate, miękkie - czuć, jak dużo
energii słonecznej wchłonęły w siebie tego lata.
Gdy zbiera się je w samo południe, są gorące od słońca,
a ich smak jest tak niesamowity,
że trudno to do czegokolwiek przyrównać.
(Tak jest zresztą z każdym owocem
jedzonym od razu po zerwaniu z drzewa.
Czuje się wtedy tę pulsującą życiem energię
prosto z serca słońca).



Brzoskwiniom brakuje jeszcze do miękkości 
trochę słonecznych dni.
Wtedy nabiorą rumieńców.


(Edit: brzoskwinie trzy tygodnie później 😊)


Ale leszczyny już zaczęły sypać orzechami.


Zaraz po nich ruszą orzechy włoskie.
Kolczatki kasztanów jadalnych coraz większe.
Można już zbierać śliwki, jabłka, gruszki, pomarańcze.


A przy okazji - liście laurowe, wiecznie zielone.


No i wrzos, który rozkwiecił się już na dobre
całymi połaciami wszelkich odcieni różu i fioletu
barwi zbocza gór i pagórków.
Zachwycam się, zbieram, suszę, robię bukiety i napary.
I poduszeczki na dobry sen.



(Mam ja tu swoje wrzosowe wzgórza.
I senne, ciche doliny.
Radosne ścieżki i smutne zapadliny.
Mam ja tu swoje nietykalne dla nikogo godziny).

Gdy już nacieszyłam się całą tą obfitością wokół,
rozpaliłam ogień i siadłam popisać, poczytać, pobyć.
Jeszcze dość długo będzie widno,
bo zmrok zapada dopiero około 21:30.



Gdy patrzę w ogień - on też patrzy się na mnie.
Patrzy mi prosto w oczy.
- Jesteś mgnieniem życia, jak ja - mówi -
iskrą między ziemią a niebem.

Gdzie jesteś, ogniu, kiedy cię nie ma?
Gdy nagle gaśniesz i znikasz.
Gdzie będę ja, gdy zgasnę i zniknę?
Może będę tam, gdzie ty jesteś, kiedy cię nie ma?
Ale...jakie ja?
Przecież nie ma żadnego ja.
Jest tylko to coś, co pojawia się i znika.
Jak ogień. Jak dym. Jak wiatr.


Sierpień pakuje walizki.
Cienie podglądają zza drzew.
Ale wciąż jeszcze kwitnie jaskółcze ziele,
a jaskółki kreślą na niebie swoje esy-floresy.


Czuję jakby zmierzch okręcał się 
wokół kostek moich stóp. 
Szelest liści, wciąż jeszcze zielonych, miesza się 
z głosami ptaków szukających miejsca na sen. 
Przeleciał nietoperz - zwiastun gęstniejącego zmroku.
W głębi dojrzałego lata - ogień, cykady i ja,
i miękki, melancholijny wieczór.
Jak ten.

Zobaczyć swoją twarz

"Ach, gdyby tak od razu każdy zrozumieć mógł,
że lepsza droga bez drogowskazów,
niż drogowskazy bez dróg".
(S.J.Lec)

Jest taki punkt na nieznanej drodze,
po przekroczeniu którego
jest już za daleko, by wracać,
ale i bardzo daleko, by iść naprzód.
Jestem właśnie w tym punkcie.


gdzie mnie oczy poniosą
gdzie mnie nogi poniosą
tego nie wiem
idę boso, lecz przeczuwam
że nie raz
ścieżka stopy porani
by je potem zagoić
niebem


wiatr roztrwoni dukaty
piach nadzieje zamiecie
westchnieniem
raz zatańczę, zapłaczę raz
w niejednym piecu ogień rozpalę
i w kotle zupę uwarzę
w niejednym domu miotłę postawię
kiedy wrócę i czy w ogóle
nie wiem, nie wiem



za horyzont, za czas
za tę dal jak najdalszą
między światłem a cieniem
będę szła, bo raz jeszcze
poznać bardzo bym chciała
najprawdziwszą, pierwotną
siebie 


Niektórzy z nas udają się w daleką,
wewnętrzną podróż -
na poszukiwanie samego siebie.
Droga jest symboliczna,
bo tak naprawdę nigdzie nie musimy iść.
Ale jest ona niezbędna do tego, żeby to zrozumieć.


Zrozumieć i odkryć, że wszystko jest w nas,
tu i teraz.


Doświadczanie życia jest jak podróż.
Poznanie samego siebie 
otwiera poznanie czegoś więcej,
bo w najmniejszym jest największe.


Może wtedy następuje kres tej wędrówki
i powracamy do Jedności Pierwotnej Mocy?


Ale czy istnieje jakiś kres?
Czy to wszystko miało początek i będzie miało koniec,
czy może wręcz przeciwnie?
Jeśli istnieje początek i koniec,
to nie może istnieć nieskończoność i wieczność.


A może jednak może, skoro istnieje Wszystko.
Naszym umysłom trudno to ogarnąć,
ale po wyjściu poza umysł
pewnie niemożliwe staje się możliwe.
Inne przestrzenie rządzą się innymi prawami,
a idąc dalej tym tropem dochodzimy do ściany -
jest granica, której człowiek nie może przekroczyć,
a za tą granicą żyje to, co dla nas jest niepoznawalne.


To ciekawe, ale nie możemy nawet zobaczyć
swojej twarzy.
Jedynie odbicie w lustrze, w tafli wody
czy na zdjęciu, na filmie.
Ale to jest już kopia, a nie oryginał.


Jakże bym chciała
odegrać już do końca
swoje role,
zrzucić maski,
zamknąć teatr,
by móc wreszcie zobaczyć
swoją twarz.