Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tworzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tworzenie. Pokaż wszystkie posty

Coś innego

Dzisiaj zrób coś innego.
Czy znasz drogę do czegoś innego?
Jeśli nawet nie wiesz co, jak ani którędy -
i tak tam trafisz
po śladach marzeń
odciśniętych na wietrze. 
Bo marzenia są przecież czymś innym
niż to, co jest.


"W ręku masz pędzel i farby.
Najpierw malujesz raj,
a potem do niego wchodzisz".

Umiesz namalować sobie raj?
Umiesz tam wejść?


Celebruj.
Rozłóż sobie poduszki, żeby było miękko. 
Nalej sobie lampkę wina czy co tam lubisz. 
Odczuj całe swoje ciało wtedy,
gdy odczuwasz przyjemność,
a nie tylko wtedy, gdy coś cię boli.
Odczuj teraz swoje oczy, które to czytają,
odczuj dłonie, stopy, usta, serce.
Poczuj mięśnie twarzy,
a ze zdziwieniem stwierdzisz, że były spięte.
Rozluźnij je.

Nie przybyłeś tu, aby walczyć, wygrywać czy przegrywać.
Nie przybyłeś, aby spłacać karmę, długi, przewinienia.
Jesteś tu po to, aby żyć, doświadczać 
i dzięki temu podnosić świadomość.


Naucz się czegoś nowego.
Naucz się wyczuwać energię.
Energię drzew, traw, chmur, kamieni.
Energia człowieka powie ci o nim więcej
niż jakiekolwiek słowa.


W naturze nic nie kwitnie przez cały rok.
Cykle powtarzają się,
przynosząc nową szansę, nowy potencjał.
Bądź cierpliwy.


Kiedy rzeczy idą źle - nie idź z nimi.
Kiedy coś wymyka się spod kontroli -
ucz się kontrolować to, jak na to zareagujesz.
Ucz się panowania nad sobą.


Zanim cokolwiek zanegujesz, przypomnij sobie,
że zawsze istnieją trzy prawdy:
moja prawda, twoja prawda
i Prawda.
Drzwi to tylko mały element przestrzeni,
ale z jednej strony jest coś zupełnie innego,
niż z drugiej.
Z jednej strony może być zupełnie inna prawda
niż z drugiej.
Zadecyduj, po której stronie chcesz stać. 
Ja zawsze zadaję sobie pytanie: 
czy moja prawda pokrywa się z Prawdą?
Czy w ogóle znam Prawdę?
Naucz się rozróżniać prawdy.


Kiedy wydarzy ci się coś nieharmonijnego, niespójnego,
coś, co wytrąca cię z równowagi,
zagęść w sobie energię
i powiedz z całą stanowczością:
odbieram temu moc!


Cierpienie jest konieczne tak długo,
aż zrozumiesz, że nie jest konieczne.

Naucz się nie rozpadać się na kawałki,
aby utrzymać innych w całości.

Nikt, absolutnie nikt
nie ujdzie stąd z życiem.
To tylko kwestia czasu.
Umierają ludzie, umierają Wszechświaty.
Zatem naucz się łapać dystans, luzować, zwalniać, puszczać.
Każda podróż ma swoje tajemne ścieżki i cele,
o których podróżny nic nie wie.
Ujawniają się w trakcie.
Zaskakują nas, byśmy mogli sprawdzić samych siebie.
Nauczyć się czegoś nowego.
O sobie.

O swoich słońcach i czarnych dziurach.
O swoich porach roku, górach i dolinach.
O swoich śmiechach i płaczach.
Butach i kapeluszach.


Dzisiaj zrób coś innego.
To spowoduje, że zaistnieje pewna różnica.

"Pamiętaj, że mała różnica może uczynić
znaczącą zmianę w jakości twojego życia.
Szukaj tej różnicy..."

Kalima zabarwiła Hiszpanię

 Wczorajszy poranek zaskoczył nas dziwną aurą,
typową bardziej dla Wysp Kanaryjskich,
Pamiętam to zjawisko z czasów, gdy mieszkałam w Andaluzji,
czyli w sumie rzut beretem od Maroka,
ale tutaj, jak i w innych częściach Hiszpanii,
 to niecodzienny i rzadki widok.

Calima (kalima).

Samochód, jak i wszystko dokoła, 
zmienił nieco kolor na rdzawo-miedziany. 
Przyglądałam się tym drobinkom,
które przywędrowały z silnym wiatrem aż z Sahary,
z niejakim rozrzewnieniem -
no bo żeby aż tyleset kilometrów się nalatać! 😃



Z radością zebrałam trochę do słoika
żeby wykorzystać ten maleńki fragmencik saharyjskiej pustyni 
jako pigment do malowania, na przykład, mandali.

Mam już wiele pięknych pigmentów,
które przygotowuje mój wnuczek z czego tylko się da:
z popiołu, tłuczonych kamieni, suszonej gliny, z cegły,
z różnych warstw ziemi,
z ususzonej, zmielonej pestki awokado, 
z wapiennych skał, z piaskowców.
A teraz dołączył do nich gość z daleka -
nazwałam go Tchnieniem Sahary.

Oto on, delikatny jak puch, 
leciuteńki, miękki i pulchny.
Bienvenido!


Tworzenie za pomocą tych darów natury
to jak zanurzanie się w odległe historie Ziemi
i wydobywanie ich na powierzchnię Czasu
w mgnieniu tej chwili, tego ułamka wieczności,
który jest mi dany.
 



Mandala w barwach ziemi i z materii Ziemi -
fragment kosmosu w moich rękach.


Niesamowite było widzieć wokół siebie
krajobraz w kolorach nieco jak z Marsa.
A przed chwilą spadł deszcz
i saharyjski piaskopył wniknął w ziemię.
Tak oto wszystko jest ze sobą połączone i przenika się wzajemnie.


Hygge moments

Pierwszego dnia nowego roku przeczytałam akurat
takie słowa:
"Świat był świeży, nietknięty przemocą.
Czas dopiero zaczynał płynąć strumykami przez dolinę.
Tlen budził się w cząsteczkach powietrza.
Było to jeszcze przed wszystkimi porami roku.
Był pierwszy dzień.
Srebrna pajęcza nitka rozpięta nad horyzontem jak most.
Można było dotrzeć po nim dokądkolwiek zechcesz".
(Beata Pawlikowska)

I tak sobie pomyślałam, że przecież każdy dzień jest pierwszy.
Każdego dnia można coś postanowić,
coś rozpocząć, albo czegoś zaniechać.

Każdego dnia stawiamy ten pierwszy krok, 
aby wstać z łóżka i wejść w nowy dzień. 
Jaka woda popłynie dziś w naszym ciele?
O czym zaszemrze krew?

Czy pośród wielu stale powtarzających się czynności
(wstać, ubrać się, umyć, coś wypić, coś zjeść, itd., itp.)
i pośród setek tych samych myśli
pojawi się coś nowego, coś, czego wcześniej
nie znaliśmy? 
Nowy pomysł, nowa informacja, nowa książka, nowa znajomość, 
nowa droga, podróż, piękny kamień pod stopami, 
liść o bajecznym kolorze lub kształcie, 
niesamowity rysunek chmur na niebie, 
nieziemski zachód słońca?






Jakie nowe odbicia i odblaski
wypatrzymy w filiżance herbaty?


Jakie nowe strachy zaglądną nam w oczy?


Z jakimi samotnymi drzewami połączymy swoje energie i gdzie?


A może zrobimy coś po raz pierwszy,
coś, czego jeszcze nigdy nie robiliśmy?
Pamiętam to radosne uczucie, 
gdy dom rozpachnił się własnoręcznie zlepionymi kadzidłami.
I gdy ukręciłam swoje pierwsze mydła i kremy, 
i obdarowałam nimi rodzinę i przyjaciół.
I tę naszą wspólną radość :)







I gdy udał mi się pierwszy tort, a potem następny, 
też pierwszy, bo przecież całkiem inny.



Gdy upiekłam pierwszy chleb
na samodzielnie wyhodowanym zakwasie.


A propos chleba - taka porada:
:D



Pierwszy placek jeżynowy, smaczny
jak spełnione marzenie.


I gdy ze śnienia nadrannego wyplótł się łapacz snów. 


Gdy nagle odkryłam malowniczość traw w dzbanie
i potęgę różowej koniczyny.



I gdy wysiałam czarnuszkę, a ona tak pięknie zakwitła.


Gdy ponad osiem lat temu, 28 sierpnia 2011 roku,
 opublikowałam na tym blogu
pierwszy post (zobacz tutaj)



Pamiętam też to podekscytowanie, to przyspieszone bicie serca, 
gdy podejmowałam decyzje 
o porzuceniu dotychczasowego miejsca pobytu 
i zaczynałam poszukiwania nowego. 
Wiele razy się to działo. 

Uwielbiam zmiany, przenoszenie się w nowe miejsce 
- oto podnosi się kurtyna i rozwijają się nieznane wcześniej pejzaże, 
można odcisnąć swoje ślady tam, gdzie ich jeszcze nigdy wcześniej nie było, 
wydeptać ścieżki sobie właściwe, niepowtarzalne, 
nasycić swoje jestestwo nowymi wibracjami, 
zapachami, smakami, inną zielenią otoczenia, inną rosą poranną, 
innymi kolorami zmierzchów. 


Są ludzie, którzy ukorzeniają się mocno, 
wsiąkają głęboko w swoje miejsce na ziemi
i z trudem przychodzi im opuszczanie go. 


Robią to jedynie, gdy coś ich do tego zmusi. 
Ja zaś jestem życiowym nomadem. 
Słowo nomada pochodzi z fr. nomade, łac. nomas, gr. nomas – 
„wędrujący w poszukiwaniu pastwisk”.
Tak właśnie.
Moje życiowe pastwiska zmieniają się,
choć nie wyczerpuję ich do cna, jak nomadzi.
Staram się raczej pozostawiać je w lepszym stanie, niż zastałam.


Moim żywiołem jest powietrze 
i ono faktycznie napędza moje nogi i ramiona, 
pogania ku wirowaniu z wiatrem, 
unosi na skrzydłach chmur ku ciągle nowym lądom, 
zarówno tym w świecie materii, 
jak i tym w najgłębszych zakamarkach samej siebie. 


A na dziś - nowe smaki. 
Na rano - napar z igłami sosnowymi,
liściem laurowym, rutą i szałwią.


Na wieczór zaś utłukłam w moździerzu goździki, 
kardamon, cynamon, ziele angielskie i kolendrę. 
Dodałam suszony imbir i zieloną kawę. 
Po zaparzeniu - kapka miodu. 
A na dodatek - pudrowa delikatność zapóźnionej hortensji.
No pyszne po prostu. 


Idealny smak na zimowy dzień, 
gdy buty i nogi odpoczywają już po spacerze, a ogień wesoło migocze. 


Hygge moments! :) 


Chwilo trwaj!
Bo każdy dzień jest pierwszy.
I w wielkiej powtarzalności dni i nocy
nawet te najmniejsze szczegóły, drobiazgi, westchnienia czy okruchy
mogą być świeże, nowe, pierwsze, odżywcze,
jak ranek po dobrze przespanej nocy.
Jak nowy rok, jak nowe ciasto, nowe kwiaty,
a nawet nowe strachy, którym trzeba sprostać.
Pająku świata, tkaj nad horyzontem nitki jak most,
abyśmy mogli po nim przejść dokądkolwiek zechcemy.
Przynajmniej w wyobraźni, bo przecież to tam
wszystko się zaczyna.


*


rok nowy, malutki, wyszedł właśnie sobie
z kalendarza czasu
ze wstążki ziemskiego odliczania
ja zaś coraz starsza, choć
wiecznie młoda
jak co roku, jak co dzień
biorę się za spełnianie
braku postanowień

Kadzidło zrób sobie sam

Pamiętam jakby to było wczoraj.
Ten pierwszy raz.
Był początek lat osiemdziesiątych.
Właśnie wróciłam z Urugwaju, 
a kolega - z Indii. 
Maciek.
Byliśmy wtedy nastolatkami. 
Wymienialiśmy się znaczkami,
głupotami i wspomnieniami. 
Wchodzę kiedyś do jego domu, 
a tam... zniewalający zapach.
- Co to, Maciek, 
co tak obłędnie pachnie??
- Kadzidełko - odparł 
jak gdyby nigdy nic.


No tak - to, co w Indiach 
było na porządku dziennym, 
w Polsce lat osiemdziesiątych
było czymś niezwykłym,
 nowym i nieznanym.
Od tamtego czasu przepadłam. 
To był zapach, który zauroczył mnie, 
oczarował, owionął mgiełką 
subtelnego odczucia 
czegoś znajomego,
choć niezmiernie odległego,
gdzieś pod drugim dnem czasu...

Wyszłam od Maćka 
z podarowanym pudełeczkiem kadzideł 
i jestem im wierna do dziś.
Za jakiś czas Maciek 
znowu pojechał do Indii,
straciliśmy kontakt,
a tamtego zapachu 
pierwszego kadzidła 
nigdy więcej nie spotkałam...
 i tęsknię za nim, i mam nadzieję, 
że gdzieś się jeszcze kiedyś odnajdziemy.

Gdy mieszkałam w Andaluzji, 
niedaleko Stupy buddyjskiej,
o której obszernie pisałam 
miałam pod ręką
kadzidła tybetańskie
sprzedawane w wielkiej rozmaitości
w sklepiku przy Stupie.
                                                
Przyglądałam się im i dociekałam, 
jak są zrobione.
Były zupełnie inne niż te
kupowane w "normalnych" sklepach.
Były grubsze i wyraźnie było widać
pozlepiane cząstki roślin.
Szukałam informacji w internecie, 
ale nie było ich za wiele.
W końcu udało mi się ustalić, 
że bazą jest kora,
do której dodaje się aromatyczne 
i lecznicze rośliny.
Do tego żywica, 
która zlepia wszystkie składniki.

Przy samodzielnym 
robieniu kadzidła
w formie długich patyczków
trzeba zwrócić uwagę na trzy, 
a właściwie cztery sprawy:
po wysuszeniu kadzidło 
nie może się łamać ani wyginać,
nie może gasnąć 
i ma pięknie pachnieć,
ale przede wszystkim ma nam się udać 
wydobycie ducha rośliny.
Ważna jest intencja, 
aby zechciał podzielić się z nami 
swoją uzdrowicielską,
oczyszczającą lub ochronną mocą.

To jest to,
czego nie odnajdziemy
w kadzidłach robionych
masowo na sprzedaż.

Przy pierwszych próbach 
udało mi się popełnić 
wszystkie cztery błędy 😂.
Jedne kadzidła były za kruche, 
inne powyginały się fantazyjnie,
aromat był słaby, rozmyty,
no i wszystkie notorycznie gasły 🤦.
Czułam też, że co jak co,
ale ducha roślin
to już dawno tam nie ma 🫣.

Ale z każdą następną porcją 
było już coraz lepiej.
W końcu, metodą prób i błędów,
 learning by doing, 
wypracowałam własny przepis.

Bazą jest mielona kora 
eukaliptusa lub sosny.


Żeby dobrze się żarzyły - 
dodaję sproszkowany 
placek krowi.
Pomyślałam, że skoro 
tak świetnie pali się w agnihotrze, 
to zapewne sprawdzi się 
i w kadzidle. 
Nie pomyliłam się.


Główna nuta zapachowa 
to zmielony cynamon, 
kardamon i goździki. 


Dodaję również wysuszone skórki pomarańczy, 
lawendę, czasami igły sosnowe.



I liście laurowe.


Wzmacniam naturalnymi olejkami zapachowymi,
choć nie jest to niezbędne.
Jeśli się na to decydujemy, 
musimy mieć pewność,
że olejki są naturalne, 
w żadnym wypadku 
nie mogą być syntetyczne.
Ideą przewodnią robienia kadzideł 
jest to,
aby właśnie mieć pewność, 
że wszystkie składniki,
których użyliśmy, 
pochodzą z natury, od roślin.


Jako spoiwa używam żywicy olibanum, 
która ma właściwości
odświeżające, lecznicze 
i oczyszczające


 i odrobiny gumy guar,
którą pozyskuje się z bielma 
ziaren rośliny Cyamopsis -
bardzo dobrze zagęszcza i zlepia.
Można też zlepiać miodem 
albo czerwonym winem.

Wszystkie składniki 
w formie sproszkowanej 
należy ze sobą połączyć
z odrobiną wody.
Lepię kulkę.


Na płaskim, dużym talerzu 
wysypuję trochę cynamonu pomieszanego z korą 
do obtoczenia kadzidełka 
w końcowej fazie lepienia.


Od kulki odrywam małe kawałeczki 
i formuję ruloniki.
Powoli, spokojnie, medytacyjnie.

Efekt końcowy jest taki:


Gotowe patyczki pozostawiam 
na kilka dni do wyschnięcia.

Można też dodać kolendrę, 
anyż, gałkę muszkatołową, 
szałwię, jałowiec, mirrę, 
albo swoje rośliny mocy, 
gdy chcemy zrobić
kadzidła do zadań specjalnych.
Wszystko wedle uznania i potrzeb.
Niektóre liście lub kwiaty 
mają bardzo delikatny zapach
albo nie pachną wcale, 
a dopiero podczas spalania 
uwalniają mocny aromat 
i swoje lecznicze właściwości.

Do następnych kadzideł 
czekają już bukiety dziurawca 
i krwawnika.



Ruta już też ususzona.


A gdy zapach głaszcze już ciało 
i kołysze duszę, lubię usiąść
i wpatrywać się w dym.
Dym - Humo jest dla mnie 
absolutnie magiczną istotą, 
tajemniczą, taneczną, 
zwiewną i nieuchwytną.
Mogę mu powierzyć 
swoje intencje, 
modlitwy i wdzięczności,
bo wiem, że zaniesie je tam, 
gdzie trzeba.