Poznawanie siebie daje zrozumienie,
a to pomaga żyć i przetrwać.
Wejście w swoje blaski i cienie.
Więc drążę.
Moje galaktyczne pochodzenie jest
z przestrzeni krzemowych, lekkich, świetlistych.
Stąd obecność na Ziemi jest dla mnie "ciężka",
mimo "dobrego życia".
Pewnych odczuć nie znam, bo ich nie doświadczam
(jak uczucie stanu depresji czy samotności),
za to innych doświadczam stale:
niespójność z wibracjami materii,
melancholia i tęsknota, pragnienie odlotu,
chęć zdjęcia z siebie ciała jak niewygodnego ubrania.
Niedopasowanie do ludzi.
Nie przepadam za nimi,
delikatnie mówiąc.
Tylko konieczność wyprowadza mnie
z domu gdzieś między ludzi i wracam najszybciej jak się da.
Unikam ich jak tylko mogę,
a gdy się już nie da (sklep, samolot), zamykam aurę.
Jak mnie ktoś wkurzy, to rzucam klątwy 🤭.
Szeptem. Najlepiej o północy.
(Do tego dobre są
te wiadomości głosowe,
które kasują się automatycznie
po jednym odtworzeniu 😜).
Jestem despotyczna i uparta
jak 100 osłów.
Ma być tak, jak ja chcę. Albo wcale.
Ja wiem najlepiej. Ja zrobię najlepiej.
Ja sama.
(Tupnięcie nogą!)
Bywam cyniczna, impulsywna, zarozumiała.
Nadmiernie emocjonalna.
Nie mam żadnych zdolności.
Nieźle piszę, ale to i tak nie ja.
Umiem wyłapywać słowa
z powietrza, a one układają się tak,
jak chcą.
Po prostu często układają się dobrze.
Praca fizyczna nie dla mnie.
Do tego mogę pracować tylko
głową do góry,
bo jestem do bólu mentalna.
Po 12 godzinach przy komputerze
wstaję jak nowonarodzona,
a promieniowanie urządzeń elektromagnetycznych
nie robi na mnie żadnego wrażenia.
Mogę przetwarzać ogromne ilości danych
bez żadnego zmęczenia. Uwielbiam to.
Swój ogród jakoś ogarniam,
ale praca w ziemi to praca głową do dołu,
albo w kucki, więc szybko odcina mi się zasilanie
i padam.
Długo potem dochodzę do siebie.
Moja intuicja działa jak radar
i komunikuje się ze mną z precyzją lasera.
Ale tylko wtedy, gdy idzie sama, spontanicznie.
Na zawołanie nie działa.
Mam rentgen w oczach
i absolutny brak złudzeń.
Nie mam orientacji w terenie.
Stale się gubię, nawet w miejscach,
które znam.
Za to z wędrówek niematerialnych
trafiam bezbłędnie do bazy.
Uwielbiam wracać do pustego domu.
Gdy wchodzę i nikt nic nie chce,
nic nie mówi,
nie angażuje mnie do niczego,
nie wtrąca się -
czuję wtedy wolność i głęboki spokój.
Nie chcę, by ktokolwiek
"stał mi na drodze".
Mam kuchnię,
bo była na wyposażeniu domu.
Nie gotuję.
Jestem z tych, co to przypala im się
woda w czajniku.
Większość rzeczy, które robię w kuchni
nie ma nic wspólnego z jedzeniem.
W ogóle jedzenie to jakieś nieporozumienie...
Podobnie jak pranie, sprzątanie, itp.
Wszystkie te ziemskie,
powtarzalne czynności
doprowadzają mnie do irytacji i złości.
80 lat życia to około 30 tysięcy dni -
tyle razy trzeba się ubierać i rozbierać, czesać, myć
i te wszystkie inne czynności,
które kręcą nami
jak w jakimś idiotycznym kołowrotku.
30 tysięcy razy! Pufff.
Mam duszę, która chce poruszać się
przez życie z lekkością,
bez robienia hałasu w materii.
Jest zaprogramowana na przepływ,
rytm i bezkres.
Mój dom to moje królestwo.
Wpuszczam tu tylko wybranych.
Gdy ktoś wchodzi po raz pierwszy,
długo rozgląda się zanim coś powie.
Jestem dziwna,
więc taki też jest mój dom.
Zamiast kluczem, drzwi otwieram znakiem nieskończoności
narysowanym palcem w powietrzu. Dyskretnie, ofkors.
Zanim przekroczę próg,
trzykrotnie tupię lewą nogą,
aby wszystkie obce energie
zostały na zewnątrz.
Mówi się, żeby nie wieszać luster
naprzeciwko okien, bo robią się wtedy
portale dla różnych takich...
Ale ponieważ jestem przekorna,
to właśnie tak je wieszam.
A nawet lustro naprzeciwko
drugiego lustra.
Patrząc w nie, nigdy nie wiem,
co zobaczę.
Siebie z teraz, siebie z dzieciństwa
czy może alternatywną rzeczywistość
z XVIII wieku.
Światło słoneczne odbija się
w nieskończoność,
a wiatr wpadający przez okno
znika w tafli lustra z cichym jękiem potępionej duszy.
Dość często działam
na innych częstotliwościach
niż ziemskie życie.
Mój dom pełen jest dziwnych odgłosów,
których ja sama nie potrafię zidentyfikować.
Słychać tu echo pogłosu
z innych gęstości.
Często trenuję odczucie nieważkości,
a moja świadomość odwiedza
"stan pomiędzy",
by szybko i łatwo rozpoznać
drogę powrotną,
gdy nadejdzie czas.
To nie będzie przecież droga
w kilometrach, a jedynie zmiana częstotliwości.
Jako Manifestor po prostu
zainicjuję kierunek
i przejdę przez poszczególne
warstwy gęstości siłą woli i intencji.
Szybko odetnę ziemskie kotwice.
Zamknę drzwi za ziemskim doświadczeniem
nie oglądając się za siebie.
Mam wbudowany kompas magnetyczny -
po prostu będę podążać za "ciągiem",
który poczuję w sobie. Prosto de celu.
Samotność i cisza są mi niezbędne
do przeżycia tak samo jak tlen.
Samotność nie jest brakiem kogoś,
jest obecnością Wszystkiego.
W dzień działa u mnie jak inkubacja mocy.
Szczególnie, gdy śpię,
a lubię spać w dzień,
a latać nocami.
Wylatuję przez czubek głowy,
unoszę się nad swój dom,
potem nad okoliczne łąki i pola, i dalej.
Z tej perspektywy pytam:
czego nie widzę będąc na dole?
Mrok jest pełen informacji,
można widzieć poprzez maski,
które na czas snu ludzie zdejmują.
Przestrzeń robi się wtedy przejrzysta,
noktowizor duszy pracuje
na wysokich obrotach.
Staję się czystym ruchem.
Niematerialność jest dla mnie
bardziej rzeczywista
niż ściany mojego domu.
Mam czucie "pełni nieistnienia".
Nie potrzebuję dotyku ani materii,
by czuć się komfortowo.
Potrzebuję wolnej przestrzeni.
Czuję się bezpieczna,
gdy nie dotykam gruntu.
Ziemia przestaje ranić
ostrymi krawędziami faktów.
Nie zostawiam śladów, po których
ktokolwiek mógłby za mną podążyć.
Mój dom to nie miejsce na mapie,
ale nieobecność na ziemi.








