Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje miejsce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje miejsce. Pokaż wszystkie posty

Biały pies i łapki zajęcze

 Niosę w dłoniach 
cały mój świat,
dziś go niosę do lasu, do lasu,
nasączy go wilgoć mchów,
gałęzie schronią 





Wchodzę w królestwo 
wieczorów długich 
skaczących paździerzy,


Zbieram chrust i drżenie liści,
a biały pies zagania kozy,
krasnale malują białe kropki,
widzę ślady łapek zajęczych,






Układam jesienne pole życia,
dekoruję, zmieniam 
wystrój wnętrza,
niosę w dłoniach mój mały świat,
karmię ciszę makiem,
poję wodą deszcz,
oddechem nasycam wiatr.





Wieczór niesie ciemne chmury,
otulam się w wełnę 
i dobry humor,
znów się kłócą,
zakładam kalosze, 
zakładam uśmiech,
zakładam, 
że jaskółki szybko wrócą.


Dom na skraju

 Mój dom jest na skraju.
Tam, gdzie kończy się droga.
Każdy, kto zmierza tą drogą pierwszy raz,
czuje się niepewnie i ma ochotę zawrócić.
Ja sama, mimo że jeżdżę tędy 
już wiele lat, 
zwalniam i zwiększam poziom uważności.
Droga opada, lekko zakręca, zwęża się,
a potem nagle zaczyna się wznosić,
co powoduje jakieś nieokreślone zawirowanie.
(Listonosz najczęściej parkuje wcześniej
i ostatnie 30 metrów pokonuje pieszo 😁.
Kurierzy błądzą, kręcą się w kółko, zawracają,
wydzwaniają do mnie, że jak i którędy,
i długo nie dają się przekonać, 
że tą drogą da się jednak dojechać pod sam dom).


Jest też druga ścieżka,
która prowadzi w innym kierunku -
za dom
i jest bardzo urokliwa.
Nikt tam nie mieszka, nikogo nie ma,
Często tam chodzę,
by przeglądać się w porach roku,
bo nieustannie wszystko się tam zmienia.


Dom na skraju
stoi na szczycie samotności.
I ja, żyjąca pomiędzy, mieszająca światy
jak smakowitą zupę w kotle.
Lubię to.

(Moja wewnętrzna Istota ma niewielu przyjaciół,
ale ci, którzy są, są na wieki.
Dotykamy się milczeniem
pełnym bezdźwięcznych dźwięków).

Mały domek w ogrodzie 
jest tym, czym powinien być
każdy mały domek w ogrodzie.
Ten, kto wie - wie 😉.


To tam czyni się to, co musi się zaczynić,
gdy coś potem trzeba uczynić.
Dzieje się to, co musi się zadziać,
gdy dziać się czemuś potrzeba.


Albo po prostu łatanie dziur w kotle,
szeptanie, czyszczenie mioteł,
zadyma z ziołowych kadzideł,
zamiatanie w głowie, odkurzanie w duszy.
Nic wielkiego.



Notatki z życia w domu na skraju.
Aktualnie na skraju nadchodzącego listopada.
nie odsłoni tajemnic szeptów i szlochów,
śmiechów i nawoływań,
oddechów, westchnień i odlotów.


To miejsce i ja czekamy właśnie 
na listopad.
Idzie ścieżkami wiatru.
Idzie śladami lisów.
Powoli zagarnia już w siebie okoliczne domy,
szeleści melancholią i zrzuca z drzew ostatnie orzechy,
Idzie w kierunku dziwnej drogi,
tej, co zakręca i pnie się w górę,
aż do domu na skraju.



Takie nastroje teraz na skraju...



Do dzikich

 Kiedyś napisałam, że

mogę zamieszkać w dziupli dzięcioła
w łupce orzecha
w kropli deszczowej
na brzegu liścia
lub w pyle gwiezdnym

mogę zamieszkać
wśród ziaren piasku
w okruchu po cieście
pokocham każde moje mieszkanie
z jednym wyjątkiem -
byle nie w mieście


A teraz to już w ogóle
chciałabym się przenieść do dzikich zwierząt.
Żeby się nie bały. Żeby być blisko i razem.
Wtulić się w sierść niedźwiedzia.


Zakrakać z krukami, zawyć z wilkami.
Nocami latać z sowami.



W oparach mgły, gdy mgła.
Gubiąc ścieżki, gdy nów.
W odbiciu, gdy tafla leśnego jeziora.

Coś mnie ciągle przyzywa.


Wcieram w skronie zapach mchu i paproci.
W palcach rozcieram żywicę
i przyszłe wspomnienia.
Wyplątuję z włosów suche liście i małe gałązki.
Pajęczyny kołyszą się na wietrze.
Coś ociera się o moje nogi.
To niewidzialne.
Coś zawodzi, kwili, kląska.

Canto hondo z brzucha.
Dźwięk bębna.
Mały ogień w kamiennym kręgu.
I zawiruję wśród tych,
co tańcząc, wzbijają tumany kurzu.
Aż do wschodu słońca.

Niech ten sen się wyśni,
niech się w dzikiej magii wyplecie,
ale nigdy do końca.

Wędruję wewnątrz piękna

 Zaraz pójdę w dół, ku plaży i będę tam długo.
Wracam tu znów i stale,
bo to miejsce ulubione.



Wędruję i wędruję, długo i daleko...
klifem, bezdrożami, płowymi ścierniskami,
pozdrawiając mijane cienie, głazy, kamienie, samotność...




... i gdy na chwilę przysiadam,
zmęczenie skrapla się we mnie
i wsiąka w ziemię.


Bezczas wyłania się z pęknięć w skałach -
Onieśmiela mnie to.
Chciałabym zobaczyć to miejsce
za kolejne sto milionów lat.







Fale nieustannie snują opowieści,
nie ma tu ciszy,
ale we mnie tak, i gęstnieje.
Gdzieś są ludzie, ale nie tutaj.
Czuję, jakbym była sama na świecie
i to poczucie dreszczem przenika mnie na wskroś.







Ale jednak nie jestem sama -
ze środka przestrzeni przelśniła się mewa.
Przecina niebo na pół.


Mój duch dogania ją
i przez chwilę lecimy razem.
Uśmiechamy się do siebie, wolne i szczęśliwe.
Pamiętaj, nieskończoność jest w nas - mówi.


Potem na plaży znajduję białe pióro
To jest moje pióro.
Jestem mewą.

A ty - kim jesteś, kiedy jesteś sobą?