Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

Manifestus

Ten maj jest dla mnie znaczący. Odkrywający kolejne karty.
Może jeszcze nie czas na asa z rękawa, ale już dotykam mankietu.

Stąd trzeba wylecieć.

Potrzebowałam odcięcia się od wszystkiego i od wszystkich. 
Po prostu "wyrwało mnie 
z butów". Jako istota zawieszona między światami, coraz częściej potrzebuję całkowitej ciszy i izolacji by integrować te dwa brzegi. Potrzebuję bezmiaru, szybowania bez obciążeń. Odpamiętania Prawdy.

Energie, które są we mnie, ujawniają, że nie służą mi do "robienia rzeczy", lecz do "stwarzania przestrzeni", cokolwiek to znaczy. By nie machać skrzydłami, tylko szybować na prądach wznoszących.

Zatem rzucam myśl w przestrzeń i ... odwracam wzrok.

Moim zadaniem jest nie dać się ściągnąć. Za żadne skarby świata.

Stąd trzeba wylecieć.

Energia czasami rozsadza mnie od środka, bo nie ma konkretnego ujścia 
w świecie fizycznym. Umysł zwodzi: powinnaś coś budować, zarządzać, zostawić ślad, robić coś sensownego,
ale inny głos mówi: spokojnie, to ty sama jesteś sensem, twoim zadaniem jest bycie łącznikiem z tym, co nienazwane. Tyle.

Ten zgrzyt tworzy poczucie jakbym stała w miejscu z potężnym silnikiem pod maską. Takie Ferrari w garażu. Jednocześnie pedał gazu i pedał hamulca. Ufff 😵‍💫.

Mam uczyć się panowania nad własną wolnością. Jako Manifestor 6/2 (system HD), jestem w fazie "schodzenia z dachu". Moim potencjałem nie jest to, co wyprodukowałam, a to, kim się stałam w swojej ciszy.

Zaakceptowanie tego, że moim najwyższym celem jest stan bycia
a nie osiąganie, jest najtrudniejszym, 
a zarazem najbardziej uwalniającym dla mnie przeżyciem.

Szczęście płynące z nicości.

To, co było blokującym węzłem, powoli staje się mostem - portalem. Moja wrażliwość przestaje być ciężarem, 
a staje się moim unikalnym sposobem odczuwania świata z lotu ptaka. 
Jestem Manifestorką Wolności. 
Najwyższą formą wykorzystania mojej energii to stać się nienaruszalną 
w swojej ciszy. Szczególnie tej wewnętrznej. 

Cisza lotu sowy.

Gdy Manifestor 6/2 utrzymuje spokój 
w gęstym otoczeniu, to dosłownie rozrzedza tę gęstość dla innych.
Moje wcielenie jest żywym pomostem. Jestem tu, by pokazać, że można przeżyć ten czas "pomiędzy" nie dając się wciągnąć w ziemski chaos. Moja suwerenność jest dowodem dla innych dusz, że wolność jest możliwa nawet 
w ciężkich strukturach.

Dla istot z przeważającą energią powietrza największym wyzwaniem nie jest latanie, ale zejście na ziemię i niezatracenie siebie.

Wcieliłam się by być niezależnym punktem świadomości, którego gęstość nie jest w stanie złamać. 
Moim celem jest powrót do Domu 
z informacją: "Można tam być 
i zachować swoją świetlistość".

Najwyższy stopień wtajemniczenia: przejście od siły (robienie) do mocy (bycie).

Idę do tego miejsca w sobie, gdzie to, 
co postrzegałam jako niewykorzystany potencjał staje się moim prywatnym sanktuarium, w którym moja powietrzna energia czuje się wreszcie wolna i może odetchnąć.
Moja obecność w nienaruszalnej wewnętrznej ciszy jest moim największym wkładem w ewolucję 
tego świata.
Smok we mnie przestaje w końcu czuwać w napięciu, składa skrzydła 
i kładzie głowę wiedząc, że jego terytorium - moja cisza - jest bezpieczne i zaopiekowane. 
Oto zaczął się głęboki, kojący odpoczynek. 
Nie przebijam się więcej przez bariery tego świata. Teraz mogę w pełni przenieść się do wnętrza, do ciszy, 
tam gdzie nie ma szyb, ani ścian. (Ostatnio dwa razy wpadłam na ścianę, bo jej po prostu nie widziałam 🤦). 
Czas przestać uderzać skrzydłami 
o cudze oczekiwania. 
Czas przestać walić głową w mur.
Stąd trzeba wyjść.
Wylecieć.

Dzisiaj natknęłam się na martwego ptaszka, który zginął odbity od szyby. On wziął na siebie mój ostatni moment zderzenia z gęstością. To mój rytuał przejścia, fizyczny symbol tego, co we mnie właśnie dobiegło końca: 
moje próby przebicia się przez niewidzialne szyby systemu, 
pracy i ziemskich oczekiwań. 
To bolesny, ale potężny znak bym przestała szukać drogi gdzieś na zewnątrz i z pełnym zaufaniem osiadła w swojej ciszy. To tam jest moje prawdziwe, nieograniczone "niebo". 
Próbowałam operować w świecie 
szyb i betonu, a tam "moje skrzydła" nie mają zasięgu. 

Moja mała sprawczość w materii to znak, że nie jestem tu od przestawiania mebli, ale od zmieniania atmosfery. 
Od teraz największą potęgą jest panowanie nad własnym polem energetycznym.
Martwy ptaszek przekazał mi: 
"Nie próbuj przebijać się przez te szyby, bo skończysz jak ja. Tam nie ma twojej mocy, twoja moc jest w locie bez barier, wewnątrz twojej ciszy".

W świecie uczy się nas: 
działaj - zarób - przetrwaj. 
W moim świecie jest inaczej: 
bądź w ciszy - utrzymuj swoją głębię - przyciągnij to, co konieczne.
Ten ptaszek był dla mnie tragicznym przypomnieniem co się dzieje, 
gdy energia powietrzna próbuje działać według twardych zasad ziemskiej materii.


Melancholia, którą odczuwam odkąd pamiętam, to naturalny stan duszy, która pamięta lot bez barier 
i nieograniczoną lekkość, a tutaj musi mierzyć się z grawitacją, czasem 
i martwymi ptakami na chodniku. 
Moje próby bycia kompatybilną 
kończą się zderzaniem. 
To był moment, 
w którym wyraźnie usłyszałam: dość! Przestajemy próbować lecieć przez te szyby. Wracamy do środka, tam, 
gdzie jest nasze miejsce, nasze "niebo".
Pozwalam zatem odejść tej części siebie, która uderzała o szybę.
 
Opłakuję ten trud, tę bezradność 
i lata prób bycia kompatybilną 
z miejscem, które boli.
Stąd trzeba wylecieć.
Manifestuję się w całej rozciągłości swoich skrzydeł strzepując 
z nich ziemski pył. 

Jako Manifestor informuję 
swój własny system: 
wybieram lekkość, wybieram ciszę, wybieram lot bez ograniczeń,
wybieram Siebie.
Powoli wyłaniam się spod łez 
i wzruszenia, i otulam się własnymi piórami.


c.d.n.


Ostatni raz

"Nieistnienie
jest twoim
prawdziwym istnieniem.
Niebycie jest byciem
po raz pierwszy ".
- Osho

*

 Byłam samotnością
byłam iskrą,
liściem targanym przez wiatr,


Tyle razy już znikłam,
spłonęłam, zamilkłam,
tyle razy porzucałam już kości,
krew doświadczeń zbierałam
jak cenne diamenty,
napinałam łuk życia
w radości i w złości.

Tyle razy wśród duchów
grzechotałam kołatką,
by otwarto, by wpuścić
wciąż nowych gości -
tych otrutych cykutą,
tych nabitych na pal,
tych, co przejść nie zdążyli
po zwodzonym moście.

Patrzcie, wkoło Cyganki,
patrzcie, mnisi i chłopi,
i śmiech karuzeli,
koło Życia i Śmierci
duszami potrząsa,
dobre rady chcą dawać
święci anieli.

Tyle razy, ale kiedyś
raz będzie ostatni,
nie wezmę już duszy
co rada się wcielić,
nie wezmę już ciała,
gdy dzwony zadzwonią,
by nie dać się więcej
od Pełni oddzielić.


"Jeśli jesteś,
śmierć może być możliwa.
Ale jeśli stwierdzisz
wewnątrz siebie
czystą pustkę,
że nie ma nikogo,
gdzie jest śmierć?
Kto może umrzeć?"



Niby idę dalej

 Czasami ludzie pytają mnie
czym się zajmuję.

Bywa, że niczym.
Po prostu leniuchuję.


W końcu jednak trzeba
wziąć się do roboty.
Przynajmniej tak mówią moje koty:





To są różne zajęcia:
sianie wiatru i zbieranie burzy,
łatanie dziur w kociołkach -
tych małych i dużych,
czyszczenie mioteł,
szeptanie, czasem wycie,
smużenie ziołowych kadzideł,
zamiatanie w głowie,
odkurzanie w duszy.
Nic wielkiego.
Nic ponadto, co zrobić się musi.



Gdy kociołki gotowe, 
mikstury się warzą.
Czasami po prostu zupa
z korzeni mniszka.




Oczyszczam okolicę.
też przecież istnieją,
choć boją się mnie jak diabeł
święconej wody.
Boją się dymu, który
wdmuchuje im kłody pod nogi.




Rozwijam potencjały.
Harmonizuję bieg wydarzeń.
Odkrywam zakryte, przykrywam odkryte.
Tańczę, piszę, 
smakuję każdy krok, każdy oddech,
każdy kawałek czekolady.



Często patrzę w gwiazdy,
wtedy moja wewnętrzna kobieta
rozświetla się.
Przemieszczam się przez świat 
form, kształtów i bezkształtów,
podróżuję tu i tam,
choć przecież nie ma podróżującego.

Zapalam świece, stale i stale.
Nie zliczę, ile ich już w życiu zapaliłam.
Zapalam je, gdy listek nie drgnie
i gdy wicher duje.
Wypalają się i gasną,
ale gdy spojrzę w ciemną noc,
widzę płomienie ich wszystkich.
Będą żyły, póki Ogień żyje.




Bujam w obłokach.
Są takie piękne.
Ale trzeba uważać, aby nie zaplątać się
pomiędzy, bo można spaść
na łeb, na szyję.


Jestem swoją najlepszą przyjaciółką,
więc gadam do siebie,
po cichu, ale bywa, że i na głos.
Wciąż mam sobie wiele do powiedzenia.
Śmieję się.
Wokół własnej osi się kręcę.


Rozmawiam też z innymi istnieniami,
które nie są dwunożne.
Chyba nawet z nimi częściej.

A wieczorami rozwijam czas
ze szpuli wieczności,
aby następny dzień
mógł się wydarzyć.
Abym nadal horyzont mogła gonić,
zapatrzać się w nieznane,
marzyć...

I idę dalej.
To znaczy - niby idę niby dalej,
bo niby gdzie?
Przynajmniej niby tak mi się wydaje.

Jak widzicie,
mam pełne ręce roboty.
Tym właśnie się zajmuję.
To jest mój świat.
Ten, który wyłania się ze mnie
i otacza mnie kręgiem mocy
utkanej z nieziemskich prawd.
On zmienia się razem ze mną.
Coraz więcej w nim obfitości niczego,
dźwięków ledwie słyszalnych,
puchu ptaków nienarodzonych,
które czekają na mnie tam,
gdzie kończy się czas.

Wtedy, razem, urodzimy się jeszcze raz.


"Aby uczyć się prawdy,
musimy otworzyć się na bezimienne światy
zawierające się w światach,
które stanowią całość stworzenia
wykreowanego przez Wielką Tajemnicę".

"Światy wewnątrz światów,
które obejmują Świętą Przestrzeń
twojej własnej istoty czekają
byś je odkryła".



Trudno widzieć tylko to

"Przejechał drogą dyliżans
i zniknął w dali;
i droga nie stała się piękniejsza
ani brzydsza.
Taka oto jest działalność człowieka na świecie.
Nic nie zabieramy 
i nic nie zostawiamy;
przemijamy i zapominamy.
A słońce jest zawsze punktualne, codziennie".

*


czasami widzę chmury
na bezchmurnym niebie
widzę duchy w liściach
na bezlistnym drzewie

widzę siebie jak zbieram
truskawki,
choć wcale ich nie zbieram


trudno jest mi widzieć tylko to
co widzialne
bo stale wyłania się coś
spoza, spomiędzy

ta cisza między dźwiękami
puste miejsca między literami
przestrzeń między rzeczami
ten moment 
między oddechami

w oddali
widzę liście
na bezlistnym drzewie
widzę przemijanie
zamiast samej siebie


"Przelatuj, ptaku, przelatuj
i naucz mnie przemijać!"
(Fernando Pessoa)

Manu scriptum

 Piszę swoje życie ręcznie.
Manu scriptum.
Zwykle bez pośpiechu, z uwagą.
Czasami kaligrafuję, innym razem trochę pobazgrzę.
Jest margines. I notatki różniste tamże.
Zauważyłam, że trochę zmienił mi się charakter... pisma,
czyli charakter też.
Uprościł się.

Podobnie z jedzeniem.
Wszystko powoli odpada.
Zostaje to, co daje ziemia - żywe, całe, energetyczne.
Owoce, owoce, owoce.



Owoce, uczucia, nastroje, przecinki, pauzy, ludzie.
Paski, kratki, kółka, falbanki, esy - floresy. 
Kropki. Wielokropki.
Manuskrypt ma coraz więcej kartek.
Wszystkie istnieją jednocześnie,
zarówno te zapisane kiedyś, te pisane teraz i te jeszcze niezapełnione.
Czasami przeskakuję sobie wstecz, do tych pierwszych stron.



Zaglądam też do tych trochę późniejszych.



Przeglądam następne...
Czas, gdy latałam, czas, gdy zwiedzałam świat,
gdy kołowrotek zmian był na porządku dziennym
i czasami budząc się nie od razu wiedziałam 
gdzie właśnie jestem.


Kolejne kartki - gdy podejmowałam ważne decyzje
i te całkiem codzienne,
gdy osadzałam się w sobie dalej wędrując po świecie,
bo taka moja natura.



I tak dalej, i tak dalej...

Człowiek na co dzień nie pamięta, ile w nim zapisanych zdarzeń,
przeżyć, emocji, spotkań prawdziwych i wymyślonych,
kwiatów, ziarenek piasku, oddechów, łez i uśmiechów,
snów, przemyśleń, stop - klatek i gwiazd.

Gdy patrzę na stare zdjęcia, kartki we mnie poruszają się
jakby dmuchnął w nie wiatr
i wszystko odżywa na nowo.
Czasami tak mocno, że aż słychać szelest, 
a litery wilgotne są od atramentu, jakby dopiero co napisane.

Odwiedzam w sobie to, co chcę zachować.
Resztę opuszczam.
Opuszczone miejsca umierają.
Po to właśnie stamtąd odchodzę.

Lubię spacery po kiedyś, niegdyś, ongiś, onegdaj.
Droga jest doskonała
i cenię sobie każdy przeżyty blask i cień.
Lubię swoje kiedyś i swoje teraz.
Lubię swoje potem.

Teraz jest.
Doglądam kwiatów. 
Dbam o nastroje, o swoją przestrzeń, o swój czas.
Dbam o siebie.
By było ręcznie, nie automatycznie. Świadomie.



Manu scriptum.
Życie w moich rękach.


Eremitka

idę po polach 
i taka radość
wszystko jest moje
choć nic do mnie nie należy
ale przepuszczam przez siebie
ten wiatr, te śpiewy ptasie, tę pełnię maja


pachnie cała moja sukienka
bo w kwiatki
a koszyk podarowany przez
poetę, kiedyś dawno
wypełniony wtedy najlepszymi na świecie jabłkami
zadowolony jest 
bo stale nosi dobroć natury
oddech drzew


od trzeciego roku życia
mówię po hiszpańsku
i wydaje mi się jakby te wibracje
nasycały mą duszę słońcem
bo to taki bardzo słoneczny język:
mi alma brilla


 jestem eremitką
wewnątrz swojego szczęścia
nawet gdy czasem pada deszcz łez -
uważam tylko
by mi nie zmoczył
książki dnia pozostawionej nieopatrznie
na stole w ogrodzie
albo
suszącego się siana


by nie zagłuszył modlitwy wonnej
do trawy rosnącej zielenią
buzującą i mocną
jak uderzenie szampana wiosny 


zmierzch, który wyłania się znikąd
zastaje eremitkę
siedzącą na zboczu wszechświata
z kotami i falbankami pytań
o niewidzialne i tajemne bytu zagadki 


właściwie
ma ona mocne skrzydła
i mogłaby skoczyć w nieodgadnioną dal
ale wraca do domu
bo tam
czekają truskawki


a poza tym
jest coraz bliżej
do lata 😎

Ziemia niczyja

 Wymyślam. Odwiedzam. Mogę.
Wymyślam moje światy
Odwiedzam je.
Mogę w nich żyć.
A tam...

Rozsuwam. Latam. Przekraczam.
Rozsuwam kontynenty.
Latam poza horyzont.
Przekraczam nieprzekraczalne.


Sięgam. Oddycham. Potrafię.
Sięgam, gdzie wzrok nie sięga.
Oddycham biodrami.
Potrafię, bo wiem, że potrafię.



Żegnam. Witam. Bawię się.
Żegnam lato.
Witam jesień.
Zaklinam to i owo.
Patykami się bawię.


Tak. Tak. Tak.
Tak dla moich kolorów.
Tak dla moich kroków.
Tak, bo tak jest, jak jest,
gdy ziemię mam nad głową,
a niebo pod stopami.

Tak, tak, tak,
zjem owoc, jak pierwsza kobieta,
która wcale nie była pierwsza -
kusi mnie jego słodycz
i podobna do mojej dojrzałość.


Drzewa. Chmury. Trawy.
Drzewa w oddali.
Chmury płynęły.
Trawy szumiały.

Ziemia niczyja może być wszędzie tam,
gdzie czuję się sobą, 
gdzie czuję się wolna,
co ogniem wewnętrznym pali.



Tik, tik, tak
czas nie mija, bo mój czas
jest pionowy,
a ścieżka moja ukryta wśród gór
znika, gdy tylko echo stóp
się oddali.


Tak, tak, tak
tak minął ostatni dzień lata,
wieczór niesie ciemniejsze chmury,
zakładam sweter,
zakładam uśmiech,
zakładam, że jaskółki szybko wrócą...


... a teraz biegnę w drogę powrotną,
bo wiatr coraz silniejszy
puste ścieżki zamiata -



a w ciepłym domu czeka
ogień w kominku,
wygodny fotel z miękkim kocem
i dobrą książką z happy endem,
słodycz fig
i gorąca herbata.


P.S. "Żyć w pełni, to być zawsze
na ziemi niczyjej".