Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty

Moja planeta

... i tak jak pobudka i powrót do 3D 
idzie mi opornie,
tak zasypiam już w drodze do poduszki. 
A potem... potem każda gwiazda 
jest jak portal do innego życia. 


Przekraczam horyzont zdarzeń 
tego matriksowego pudełka. 
Nie ma łóżka, nie ma ścian pokoju, 
nie ma ciężaru ciała. 
Jest tylko wielka wolność - 
największy klejnot wszechrzeczy. 


Czuję dziwny zapach w powietrzu. 
Zapach niesamowitości. 
Jedna myśl i przenoszę się 
o miliony lat świetlnych. 
Wirują wstęgi galaktyk 
między płótnem mroku. 
Widzę odbicia wszystkich moich 
nieprzeżytych historii, 
które dopiero czekają na zaistnienie. 
Ale może już nigdy nie zaistnieją...
Już chyba nie.

Jestem jak kropla rosy 
zawieszona w wieczności, 
jak lśniąca iskra na fali światła. 
Jestem spokojną osobliwością, 
zmarszczką na tkaninie wszechżycia.


Zaczynam widzieć. Zaczynam wiedzieć.
Kosmos to gigantyczny, 
żywy kod Istnienia. 
Wszystko drży w jednym, 
wspólnym rytmie.

Mrok jest matrycą światła. 
To odpoczynek wszechświata 
i wielka cisza, 
z której wszystko się wyłania.

Oto samotność i kruchość 
kosmicznego wędrowca, 
które jednocześnie są jego potęgą. 
Mgnienie, które rzuca wyzwanie czasowi. 
Jestem lustrem dla gwiazd, 
choć sama ważę mniej 
niż tchnienie wiatru. 
Kołyszę się na grzbiecie nieskończoności, 
nietrwała lecz niezastąpiona. 
Wieczność przegląda się w tym, 
co kruche.


Ale rozpłynąć się w tych światłocieniach 
to nie koniec - to początek. 
Pulsuje we mnie ta sama siła, 
która rozpala słońca. 
To symfonia mocy, 
która pulsuje w rytm obrotów 
galaktycznych ramion.

Jest ciepło i przyjemnie.
Dotykam siebie w sobie, 
a przestrzeń to czuje. 
Jestem gotowa. 
Gotowa i brzemienna 
nowym galaktycznym życiem.


Pomruk tworzenia zlewa się 
z lekkością gwiezdnego pyłu. 
Każdy dotyk rodzi dźwięk, 
a ja sama jestem nutą. 
Nutą w hymnie wszechświata, 
który od mojego szeptu 
delikatnie drży jak napięta struna. 
To ja jestem wszechświatem 
tęskniącym za swoją własną nieskończonością.


Nie ma już dla mnie powrotu.
Łączę gwiezdny pył niewidzialnymi 
nićmi czystej woli. 
Iskra po iskrze, kropla po kropli, 
oddech za oddechem, 
szept za szeptem - 
rodzi się nowa planeta. 
Moja.
Jeszcze nie ma nazwy, 
ale już ma mój wieczny podpis, 
moją sygnaturę. 
Będę teraz żyć na niej wiecznie.


Przetacza się monumentalny dźwięk 
powitania nowego istnienia, 
kosmiczne brawa i fanfary. 
Jak brokat, sypią się iskry z gwiazd. 
Będą płonąć jeszcze długo po tym, 
jak zgasną ostatnie wspomnienia 
o matriksowej Ziemi.


Poranny szok

 Kiedy się rano budzę,
sporo wysiłku kosztuje mnie
żeby postawić się do pionu.
Zawsze jest nieprzyjemnie.
Zasypiam późno, bo jestem typem sowy
i rozkręcam się dopiero gdzieś po siedemnastej.
Ale o której bym nie wstawała,
to te pierwsze trzy minuty dnia...
ufff, to jak dokładanie
kolejnych kamieni do worka tożsamości.



Najpierw czuję niechęć i tęsknotę.
Podczas snu znajdowałam się tam,
gdzie nie ma czasu, przestrzeni,
oporu ani dualizmu.
Absolutne bezpieczeństwo.
To miejsce, gdzie "było najlepiej".
Miałam skrzydła, mogłam latać.
Nagle spadam wprost do ziemskiego łóżka.
Wracam do płaszczyzny,
która jest najwolniejsza, najgęstsza
i stawia największy opór.
I jest takie: ratunku, nie chcę!!!


Nagle zderzają się dwie różne prędkości
informacyjne.
Moja biologia potrzebuje kilku minut
na ponowne włączenie filtrów rzeczywistości 3D
(grawitacji, czasu, tożsamości).
Gdzie jestem, kim jestem, co ja tutaj robię?
Ach, życie, no tak, to ty 😜.

Odczuwam szok prędkościowy.
Przejście z nieskończonej prędkości
nieliniowej do powolnej prędkości linearnej
jest tak wpadnięcie do smoły.


Gdy tylko sobie uświadamiam,
że to tylko techniczny proces
adaptacji anteny (mojego ciała)
do nowego dnia - znika powoli
ten emocjonalny ciężar,
rozkręcam się i wracam do równowagi.
Za kilka chwil już jest dobrze.
No może nie tak dobrze,
jak z drugiej strony 🙃,
ale da się wytrzymać.


Moja biologia krok po kroku
kalibruje się do gęstości 3.
Moja antena właśnie się włącza.

Zanim mój ziemski plan się "załaduje",
zanim te wszystkie pliki wskoczą
na swoje miejsce, zanim przypomnę sobie,
że odpala się codzienny film -
w tej krótkiej szczelinie przeżywam
rozpaczliwą ochotę zniknięcia,
odejścia,
uśnięcia z powrotem,
powrotu do sprzed chwili,
żeby jak najszybciej odzyskać
stan nieważkości i skrzydła.


Mój poranny szok prędkościowy
pogłębiają ustawienia fabryczne, matriksowe.
Każdy ma inne.
Ja mam powietrzne, więc to tylko
pogłębia dyskomfort.

Na szczęście nie muszę na ogół
rano wstawać.
No chyba że jakiś samolot wściekłym świtem.
W Santander jest małe lotnisko,
więc wylot mam zwykle z Bilbao.
Ostatnio  miałam wylot o 6:15.
O 5 trzeba tam być, a jeszcze
te 120 km żeby dojechać na lotnisko.
I właśnie wtedy, gdy muszę wstać 
o godzinie zbliżonej do tej, 
o której zwykle się kładę,
to jest upiornie.
Wszystko mnie boli i mam wrażenie,
że zaraz po prostu 
rozpadnę się na kawałki 🥴.


Wraz z upływem czasu ziemskiego
 coraz bardziej to odczuwam.

I tak jak pobudka
i powrót do 3 gęstości 
idzie mi opornie, 
tak zasypiam w locie 
na sam widok poduszki 😁.

A potem...
a potem każda gwiazda 🌟 
jest jak portal do innego życia.
Ale o tym opowiem
następnym razem.


Życia sen

 teraźniejszości nie ma
jest zbyt krótka, by zaistnieć
przyszłość jest potencjałem
przeszłość wspomnieniem
tutaj niczego nie ma

sen 
który nieustannie
rozpływa się 
sen sen

śpiący śnią, że śpią
obudzeni śnią, że się obudzili

to nie jest kwestia obudzenia
tu chodzi o życie

ożyj
ożyj
ożyj

lalki pamiętają czasy
gdy dzieci lubiły się bawić
kwiaty potrzebują spokoju
błękit nad głową potrzebuje ciszy
kamienie są zmęczone 
naszą historią
my też

te słowa płyną znikąd
w niczym
od nikogo
do nikogo

życie
tajemnica
sen


"Tajemnica rzeczy?
Skąd mam wiedzieć,
co to jest tajemnica?!
Jedyną tajemnicą
jest istnienie kogoś,
kto może myśleć o tajemnicy".



Sen nocy zimowej

 pośród nieskończoności
siedzę u stóp wielkiego Być Może
plecami oparta o wieczność

 jest silny wiatr, tasuje wydarzenia
oddycham głęboko
spokojna o niewiadomą życia 

rzucam kamień
i słyszę upadek
wieków

podnoszę kamień
 i słyszę stwarzanie
światów

ktoś się bawi
tym wszystkim
głośno się śmieje
a ja
wolałabym go nie znać

cierpliwie wróżę z kamieni
kości zostały rzucone
krew wsiąkła w ziemię

ale ja
nie jestem z krwi i kości

jestem z eteru
nietykalna jak miłość
jestem ze Świadomości 

ktoś się śmieje coraz głośniej

to szatniarz ryczy ze śmiechu
bo wciąż jest
niekończąca się kolejka
po odbiór ziemskich ciał 

to jeszcze trochę potrwa - myślę
patrząc oczami nieskończoności
ale
nic nie jest wieczne - mówi wieczność -
ani ten szatniarz, ani ta szatnia

uśmiecham się z ulgą
do wielkiego Być Może
bo przypomniało mi się nagle, że
śmieje się ten
kto się śmieje 
ostatni


Sjesta

"Pomyśl, o ileż świat byłby lepszy
gdyby wszyscy mieszkańcy Ziemi
codziennie około trzeciej po południu
mieli maślane bułeczki,
a potem
okryli się ciepłym kocem
i ucięli krótką drzemkę".
(Robert Fulghum)

Maślane bułeczki to tylko pewien symbol.
Można je zastąpić dobrą książką,
kojącą muzyką, albo
ulubionym sokiem owocowym.
Ważne, aby było to coś sprawiającego przyjemność,
coś, co zatrzyma dzianie się powinności
i bieg przez płotki rozpędzonego dnia,
a w zamian poruszy nutę leniwego spokoju.



*   *   *


polne kwiaty
spijają wodę ze słoja
zasłonka faluje
w podmuchu lekkiego wiatru

na parapecie
przysnęło szczęście
zmęczone upałem

tuż nieopodal
pościel pachnąca słońcem
zaprasza wytchnieniem

prosimy o ciszę -
sjesta



czyli odpoczynek...

letni, popołudniowy od - poczynek od poczynań wszelakich

leniwe brzęczenie świerszczy
trzepotanie schnącej na wietrze pościeli
zapach skoszonych traw

sjesta, relaks, ukołysanie

czasami przeleci owad, czasami myśl, czasami ptak
czasem westchnie wiatr 
ta chwila rozpływa się w cieple jak czekolada
drzemie w senności sjesty
znika jak w piasku ślad

mruczy kot
szeleści puchowa poduszka
jest tak dobrze, że achhh

zasypiamy

niech ta chwila sobie trwa

Black velvet


Zastanawiałam się właśnie, jaką istotą jest mój Sen,
gdy pojawił się On.
I od razu wiedziałam.



Rozpoznałam go natychmiast.
W końcu znamy się nie od dziś.
Przychodzi co noc. 
Zawsze punktualnie.
Nagle wyczuwam jak kołysze się gałąź,
na której siedział, nim zerwał się do lotu po mnie.
I wtedy wiem, że czas kończyć dzień, bo On zaraz tu będzie.
Czasami jeszcze coś robię,
zwlekam, przeciągam, kończę.
Chwilę czeka na mnie, badawczo mi się przyglądając,
przekrzywia wtedy śmiesznie swój czarny łeb, 
połyskuje błyszczącymi piórami,
czaruje, hipnotyzuje, łagodzi, skleja powieki
i już nie mogę się oprzeć.
Znikam w jego miękkich piórach,
czarnych jak noc, jak studnia bez dna.
Chwila absolutnie przyjemna, atłasowo - aksamitna.
Nieuchwytna.
Black velvet.
Kocham go.
Nie mogłabym bez niego żyć.

Wiem, że kiedyś przyfruną we dwoje -
On i jego siostra, z którą dzielą tę samą literę S,
choć Ona nad swoją ma jeszcze małą kreseczkę,
która wszystko zmienia...
Tak, ta kreseczka zmienia postać rzeczy.
Dosłownie.

I wiem, że będzie równie miękka, tajemnicza, hipnotyczna,
atłasowo - aksamitna.
Nieuchwytna.
Bezwzględna.
I nie da się bez niej żyć.
I znamy się nie od dziś,

mimo że

jeszcze nie znam tej nocy
która właśnie schodzi z gwiazd
podczas gdy ja
układam do snu
codzienne swe istnienie

zachodzę
horyzont jawy oddala się
wpadam w puch Morfeusza
miękki jak wiosenne dmuchawce
pachnący jak obietnica
jak suszona na wietrze pościel

za oknem długowłosy deszcz
i ciemność płynąca jak rzeka do morza
gęstnieje nade mną oddech
i zapach odległego już dnia
schodzą się cisze i przeczucia

łapacz snów kołysze się cieniem
przez chwilę jeszcze zastanawiam się
co wprawia go w ruch?
znowu zasypiam pierwszy raz
wciąż jeszcze nie znam tej nocy