Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szelest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szelest. Pokaż wszystkie posty

Jedna melodia

Dużo teraz szeptów w naturze. 
Syczenie Istot Mgielnych,
skargi topielic z bagien,
mikrodźwięki butwiejących liści,
szelesty i trzaski
wzdłuż ścieżek lisów i borsuków.
Echo prawieków paruje spod ziemi.
Mchy niespiesznie wchłaniają
pojesienną wilgoć.
Idzie zimno, a ja
niosę ciepły oddech życia.



Jemioła, Viscum album, już ustrojona
Strażniczka lasu,
ta, która żyje pomiędzy,
nie dotyka ziemi, ani nieba.
Przy zbiorach trzeba uważać,
by nie spadła,
by nie dotknęła bezpośrednio 
ziemskiego podłoża, bo to grozi
utratą jej mocy.
Koszyk ją chroni.
Z koszyka lubi spojrzeć 
na niski świat, którego nie zna.


O zmroku
niebo robi się granatowe,
wilgotnieje trawa, zwija się czas,
drzewa powoli zasypiają,
milknie wokół świat.
Za chwilę gwiazdy
błysną w kościach nocy.


Jestem w tym milczeniu,
na tej Ziemi gdzie
nie ma wdechu bez wydechu,
nie ma nocy bez dnia.
Jeśli wejdziesz w krąg mojego światła,
wejdziesz też w moją ciemność,
a tam
miliony gwiazd -
ta najbardziej odległa
to ja...


... ale ty niedaleko,
on, ona, my, wy, oni,
każdy z nas -
jesteśmy jedną melodią
pierwotnego Pradźwięku,
jesteśmy utkani z gwiazd.


Szelest

Szelest liści budzi u mnie tęsknotę,
nie wiadomo za czym, nie wiadomo dlaczego.
Nie tylko ten jesienny.
Każdy.
Ale jesienny bardziej.

Cieszę się każdą porą roku, choć nie każdą tak samo mocno.
Szczyt radości przypada pod koniec czerwca,
a gdy temperatura otoczenia
zbliża się do temperatury ciała - prawie lewituję,
tak mi dobrze.
Gorący wiatr po zachodzie słońca
powoduje u mnie bezsenność ze szczęścia i dobrostanu.

Wraz z upływem miesięcy lekko opada mój nastrój,
a najniższe wskaźniki pokazują się w grudniu i styczniu.
Potem znów zaczyna się tendencja zwyżkowa.
Taki wdech i wydech,
bo przecież żyjemy w cyklach.

Jesień powitałam dziś zupą grzybową.
Z grzybów zebranych dopiero co.
Taka obfitość wszystkiego wszędzie wokół,
zbieramy i zbieramy, i końca nie widać.
Figi, orzechy, kasztany jadalne, dzika róża, tarnina.
Maliny, kapary nasturcji, dzikie jabłka.
A gdy schylam się po kasztany i orzechy,
słyszę ten szelest liści.
A gdy ręce wyciągam w górę, ku gałęziom,
po figi, po tarninę,
słyszę ten szelest liści.
Wiatr pędzi, nie zważając na nic,
a liście rozmawiają ze sobą, z nim, ze mną.
O tęsknocie. 
Nie z tego świata i nie za tym światem.

Szelest...

Gdy wędruję na spacer uliczkami małych miasteczek,
których wiele tu w okolicy,
ten szelest jest wszędzie.
Nawet gdy nie ma liści.
Jest wszędzie tam, gdzie ja.
Bo on idzie... ze mnie.

"Ta ulica, podobnie jak każda inna,
prowadzi do wieczności..."


Każdy ma swój szelest, swoje tęsknoty, swoje uliczki i miasteczka.
Gdy ucichną, wtedy na nowo przypomnimy sobie...
wieczność.


"Przekonanie, że świat jest taki, jakim się wydaje,
jest bardzo głupie.
Świat wokół nas jest bardzo dziwny.
To tajemnicze miejsce
i niełatwo ujawnia swoje tajemnice.
Ta ulica, podobnie jak każda inna,
prowadzi do wieczności.
Musisz tylko pójść nią w absolutnej ciszy.
Już czas.
Ruszaj! Ruszaj!"
(Carlos Castaneda)