Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imbolc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imbolc. Pokaż wszystkie posty

Między Imbolc a Ostarą

 czyli w czasie pomiędzy 1 lutego a 20 marca
zima będzie coraz bardziej wyczerpywać się,
aż do chwili, 
gdy jej biele, grafitowe chmury 
i przydymione szarości poranków
 ustąpią pod naporem eksplodującej zieleni wiosny.


Dziś 02.02.
Po zmroku rozmowy sów niosą się po okolicy.
Pada deszcz, wieje silny wiatr,
ciężkie chmury suną po niebie.
Jest tajemniczo, niesamowicie, nieco groźnie.
Jak dobrze jest się teraz w ciepłych, domowych pieleszach.
Zapalam świeczkę w ulubionym świeczniku
podarowanym mi przez przyjazną duszę.
I jak co roku o tej porze -
w duchu przygotowuję się już do celebracji kolejnej rocznicy
zejścia na Ziemię - dnia urodzin, który wkrótce.
Ostatnie podsumowania minionego roku życia:
głębokie doliny zadumań i przemyśleń,
i wysokie szczyty wdzięczności i podziękowań.
Oddaję przestrzeni to, co czuję, że już mi zbędne,
a to, co się przyda - zabieram w dalszą drogę.


Trzydniowe Imbolc między 1 a 3 lutego.
Zapalam tę i inne świece z uśmiechem 
i pewną własną, wewnętrzną intencją twórczą
na zaczynającą się właśnie energetyczną wiosnę -
właśnie dziś, gdy kalendarz mówi,
że to półmetek zimy.
Do Ostary - marcowego zrównania dnia z nocą, mamy 46 dni.

Teraz najważniejsze sprawy toczą się tam, 
gdzie tego nie widzimy, czyli pod ziemią.
Głęboko w łonie pramatki Ziemi budzi się życie,
światło nabiera blasku i powoli, powoli nasącza sobą
zziębnięte, uśpione korzenie roślin.
I nasze, ludzkie korzenie, też.
Podziemne stukania, szepty, westchnienia, kląskania, nawoływania.
Tak ciche, że niesłyszalne, ale o mocy kruszącej skały od wewnątrz.

Medytacja przybywającego dnia,
celebracja każdego promienia słońca,
które mocniej już grzeje policzki.

Jeszcze niedawno w uszach pulsowało tętno bieli.



Ale dziś, póki co, pozostało po niej tylko wspomnienie.
Znów wydeptuję nowe kroki poezji życia
po ubitych brązem ścieżkach,
a znajduję ciągle takie, po których jeszcze nigdy nie szłam.
Góry mają to do siebie, że kryją różne tajemnice.
Jak zatrzaśnięte dawno kufry marzeń,
jak głębokie jaskinie przyszłości, jak życie samo...


Światło rośnie.
Rozsuwa na boki atomy ciemności
i zostawia całkiem pustą przestrzeń zwycięstwa,
aby stwarzać na nowo to,
co będzie żyć w materialnej przestrzeni.

Toczymy się w kierunku przypływu kolorów, wzrastania i ciepła.
Imbolc jest falą ostatecznego budzenia się
do zasiewów i płodności Ostary.
Płynę na tej fali...



*

I tak właśnie sobie jesteśmy, w drodze między
Imbolc a Ostarą.

Czemu używam tych niepolskich nazw?
Głównie z powodu braku polskich.
Mamy Dziady, Kupalnockę, przesilenia i równonoce,
i na tym koniec.
Samhain, Yule, Imbolc, Ostara, Beltane, Litha, Lammas i Mabon -
to nazwy określonych, ważnych momentów w Kole Natury.
Mimo że głównie wywodzą się ze świąt celtyckich i germańskich -
to jednak nie trzeba przynależeć do żadnej religii, żadnego wyznania,
niepotrzebni są pośrednicy ani przewodnicy,
aby w tych dniach zatrzymać się na chwilę
i na swój sposób uświęcić to, co cykliczne, równoważące i harmonijne.
Jeśli ktoś lubi - można świętować razem,
ale można i w pojedynkę, sam na sam z siłami natury,
pokłonić się temu, co jest zarówno w nas, jak i na zewnątrz, 
temu, co nas karmi i odżywia,
i trzyma przy życiu - Ziemia i jej cykle, Natura i jej plony,
moc kreacji, żywioły i kontinuum pokoleń,
i powiązana z nami wszystkimi kolej rzeczy.
Czasami wystarczy chwila zadumy...

*
O czasie wcześniejszym, między Yule a Imbolc, pisałam tutaj

Między Yule a Imbolc

czyli czas pomiędzy przesileniem zimowym,
gdy świętujemy odrodzenie Słońca 21 grudnia, a 2 lutego,
gdy zaczyna ono już coraz bardziej rosnąć i nabierać mocy.

Celtyckie słowo "imbolc" ma różne znaczenia:
w brzuchu matki, mleko matki lub mleko owcze
(to wtedy przychodzą na świat młode owce,
również te czarne :))
Oznacza także mycie, oczyszczenie.
To jest ta chwila, gdy natura, 
mimo niezbyt jeszcze widocznych oznak na zewnątrz, 
już jednak zaczyna na dobre budzić się z zimowego uśpienia.


To jest dla mnie czas gawrowania, późnego wstawania,
kocykowania, kominkowania, kokoszenia się w domowych pieleszach.
Gdy tylko pogoda pozwala - wychylam nos na zewnątrz,
by choć trochę pobyć wśród bezlistnych gałęzi
targanych wiatrem, nacieszyć oczy ośnieżonymi górami,
i zasuszającymi się pięknie hortensjami,
przejść boso po zimnej trawie, dotknąć wyziębionej ziemi.

Jeszcze niedawno robiliśmy sosnowe napary
na ogniu w ogrodzie, jeszcze niedawno zbieraliśmy grzyby,
orzechy, kasztany, dziką różę -
a teraz wykorzystujemy zapasy, aby się pożywić.







Zimowy napar dla ciała i duszy:
suszone skórki pomarańczy, pędy i igły sosnowe, 
ususzone późnym latem owoce czarnego bzu,
gałązka suszonej ruty i geranium (anginka),
parę kuleczek głogu dla serducha,
listek stewii dla słodkości lub korzonek lukrecji.




Kolor naparu przecudnej urody,
a jak smakuje! Mmmm...


Druga wersja, bardzo rozgrzewająca:
zielona kawa ekologiczna,
imbir, kardamon, cynamon, anyż, kolendra,
ziele angielskie, goździki, lukrecja, stewia, kurkuma, pieprz.
Wszystko oczywiście suszone i zmielone.
Zalewamy gorącą wodą i parzymy pod przykryciem kilka minut.
Pijemy mocno gorące.


Sezon na hiszpańskie pomarańcze w rozkwicie.
Tu na północy, w Kantabrii, rośnie ich niewiele,
ale przyjeżdżają do nas z Murcji, Walencji i Andaluzji.
Kupujemy skrzynkami 😊


Poza tym ulubione przez wnusia liczi.
(Ostatnie zamówienie: babi, kup mi dużo, tak ze dwie miski 😃.
No to są).


No i moje ulubione daktyle king size,
persymona czyli kaki, granaty, jabłka.



Okazuje się, że zima jest wypełniona owocami po brzegi
swych wiatrów, śniegów i dni krótkich jak mgnienie gwiazd.
Owoce królują w moim sielskim domostwie przez cały rok.


A na wieczory przy kominku -
zajęcie lubiane przez wiele kobiet, ongiś i dziś.
Dzierganie, szydełkowanie, robótki ręczne.


Już sam widok kolorowej wełny pobudza moją kreatywność.
W tym roku - czapy!
Nigdy wcześniej nie robiłam, więc skrzaty pomagają 😍


Jedna - już gotowa.
Udała się całkiem nieźle.
Ta będzie moja.


Druga - dla wnusia - się robi.


I tak właśnie sobie jesteśmy, w drodze między
Yule a Imbolc.

Czemu używam tych niepolskich nazw?
Głównie z powodu braku polskich.
Mamy Dziady, Kupalnockę, przesilenia i równonoce,
i na tym koniec.
Samhain, Yule, Imbolc, Ostara, Beltane, Litha, Lammas i Mabon -
to nazwy określonych, ważnych momentów w Kole Natury.
Mimo że głównie wywodzą się ze świąt celtyckich i germańskich -
to jednak nie trzeba przynależeć do żadnej religii, żadnego wyznania,
niepotrzebni są pośrednicy ani przewodnicy,
aby w tych dniach zatrzymać się na chwilę
i na swój sposób uświęcić to, co cykliczne, równoważące i harmonijne.
Jeśli ktoś lubi - można świętować razem,
ale można i w pojedynkę, sam na sam z siłami natury,
pokłonić się temu, co jest zarówno w nas, jak i na zewnątrz, 
temu, co nas karmi i odżywia,
i trzyma przy życiu - Ziemia i jej cykle, Natura i jej plony,
moc kreacji, żywioły i kontinuum pokoleń,
i powiązana z nami wszystkimi kolej rzeczy.
Czasami wystarczy chwila zadumy...