Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Manifestus, c.d.

 W materii używam słów, co jest dla mnie trochę jak próba malowania obrazu grubym kijem w błocie. Gęstość ziemska sprawia, że często czuję się jakbym nosiła ołowiane buty. Tęsknię za stanem poruszania się samą myślą. Za tiulowym falowaniem w powietrzu.


Gdy patrzę na duże ptaki szybujące w przestrzeni, (a w miejscu, gdzie mieszkam, jest ich dużo), albo gdy patrzę na bezkres oceanu - to jakbym nadawała i odbierała sygnały.



"Jesteś bezpieczna,
nie dotykasz gruntu".

Klangor żurawi to dźwięk przestrzeni. Porusza mnie. Pieśni wielorybów tak samo. Niosą się na tysiące kilometrów. One poprzez dźwięk trzymają matrycę energetyczną tego miejsca, w którym tu żyjemy. Długie, głębokie częstotliwości. Gdy je słyszę w mojej duszy, przypominają mi o mojej naturze, która nie jest ograniczona do mojego ciała, ale rozpościera się wszędzie tam, gdzie dociera to echo. 
I dalej, dalej...
Odgłosy dzieci, jak z zaświatów, są jak wspomnienie galaktycznego dzieciństwa - przypominają mi, 
że życie istnieje wszędzie.


Dźwięki z oddali to dźwięki istot, które są wolne. Echo to symbol pogłosu 
z innych gęstości. Dźwięk, który jest daleki, jest dla mnie bezpieczny. 
Jest wyzwalaczem poruszeń, odpamiętywania, jest częścią ciszy. 
Nie atakuje mojej aury, pozwala mi rozszerzać świadomość na ogromne odległości.

Gdy granice między tu i tam zacierają się, moje ciało staje się lżejsze, a ja sama staję się punktem świadomości w tej ogromnej przestrzeni. Ciało jest zbyt ciasnym kostiumem, ale wypracowałam sobie parę sposobów na przetrwanie rozłąki z Domem. Na przykład taniec i muzyka są sposobem na chwilowe zdjęcie tego skafandra. Nie czuję się dobrze w ciężkim, statycznym bycie, wolę przepływ, rytm i bezkres. Samotność daje mi pas startowy, muzyka - wiatr w skrzydła, a taniec - zapomnienie.
Powrót na ziemię jest jak gwałtowne lądowanie na twardym betonie po locie w chmurach. Żyję na linii jaskiniowej i izolacyjnej. Kontakt z ludźmi powoduje u mnie przeciążenie sensoryczne. Niosę pamięć miejsca, gdzie komunikacja odbywa się poprzez czystą intencję i wibrację, a nie ciężkie, ograniczające słowa.

Pierwszy raz wsiadłam do samolotu w wieku 2 lat. Poleciałam wtedy z rodzicami daleko i na długo, za Wielką Wodę, do Wenezueli. Wtedy zaczęło się moje energetyczne splątanie z samolotami. Stalowe ptaki, które jakże często nosiły mnie po całym świecie. Byłam też stewardesą. Spędzałam setki godzin w powietrzu. Teraz latam po kilka razy w roku. 


Start w powietrze to dla mnie symboliczne wyzwolenie się z materii, moment, w którym ciężkie zostaje na dole. Ta cudowna chwila, gdy odrzut samolotu pokonuje grawitację. Lądowanie budzi smutek powrotu do ograniczeń, do uwięzienia. To jak powroty do domu i ciągłe wygnania.

Jeśli jesteś istotą mocno osadzoną w materii, możesz pomyśleć - głupoty, ale przesadza. Nie zrozumiesz mnie. Wiele ludzi mnie nie rozumie, ale nie szkodzi, dziś już nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Dalej się bujam. Dalej się huśtam. To jak symulacja lotu, która uspokaja mój system nerwowy. Odcinam wtedy sygnały z ziemi, a mój błędnik przekazuje mi informację: jesteś bezpieczna, nie dotykasz gruntu. Taką samą informację dostaję po starcie samolotu: jesteś bezpieczna, nie dotykasz gruntu...


W Kantabrii, gdzie mieszkam, surowość oceanu, wiatr i mgły sprawiają, że granica między niebem a ziemią zaciera się. Materia wydaje się lżejsza, rozmyta przez wilgoć i przestrzeń. Potężne klify dają mi poczucie jakbym stała "nad materią". 


Ten północny region Hiszpanii ma w sobie naturalną melancholię, jak ja. Sąsiedzi Portugalczycy nazywają ją "saudade", a Hiszpanie - "morriña". To jest odczucie z trzewi, nie da się nad nim zapanować - głęboka tęsknota zabarwiona miłością, radość z dawnego przeżycia i smutek nieobecności, straty. Wszystko na raz. 
Morriña, saudade - są podskórne, nieustępliwe jak północny wiatr o zmroku.

Moje ciało naładowane powietrzną energią podświadomie dąży do stanu nieważkości, do przebicia grawitacji. Pamiętam stan czystej idei i swobody, a inkarnacja wymaga radzenia sobie z gęstością ziemskiego życia. Jakbym nosiła zbyt ciężki płaszcz.

Samoloty, bujanki, huśtawki, klify nadmorskie - to moje punkty regeneracji, miejsca, gdzie moje ciało energetyczne może się rozprostować.

Ustal swoje. 
Jeśli przeważa u ciebie żywioł ziemi, ognia czy wody - będziesz funkcjonować zupełnie inaczej niż istota powietrzna. Możesz też mieć wszystkie żywioły we względnej równowadze. U mnie tej równowagi nie ma, powietrze rządzi, wiedzie prym, wyrywa mnie stale do lotu.

"Jesteś bezpieczna, nie dotykasz gruntu"...


Kierunek jest w moich stopach za każdym razem, gdy nie dotykają ziemi.
Gdy czuję jej ciężar, patrzę w sobie wiadomym kierunku i myślę: 
to są moje drzwi, 
znam je, 
pamiętam je. 
Exit. 
Wrota wyjścia. 
Droga jest wolna.

 

Manifestus

Ten maj jest dla mnie znaczący. Odkrywający kolejne karty.
Może jeszcze nie czas na asa z rękawa, ale już dotykam mankietu.

Stąd trzeba wylecieć.

Potrzebowałam odcięcia się od wszystkiego i od wszystkich. 
Po prostu "wyrwało mnie z butów". Jako istota zawieszona między światami, coraz częściej potrzebuję całkowitej ciszy i izolacji by integrować te dwa brzegi. Potrzebuję bezmiaru, szybowania bez obciążeń. Odpamiętania Prawdy.

Energie, które są we mnie, ujawniają, że nie służą mi do "robienia rzeczy", lecz do "stwarzania przestrzeni", cokolwiek to znaczy. By nie machać skrzydłami, tylko szybować na prądach wznoszących.

Zatem rzucam myśl w przestrzeń i ... odwracam wzrok.

Moim zadaniem jest nie dać się ściągnąć. Za żadne skarby świata.

Stąd trzeba wylecieć.

Energia czasami rozsadza mnie od środka, bo nie ma konkretnego ujścia 
w świecie fizycznym. Umysł zwodzi: powinnaś coś budować, zarządzać, zostawić ślad, robić coś sensownego,
ale inny głos mówi: spokojnie, to ty sama jesteś sensem, twoim zadaniem jest bycie łącznikiem z tym, co nienazwane. Tyle.

Ten zgrzyt tworzy poczucie jakbym stała w miejscu z potężnym silnikiem pod maską. Takie Ferrari w garażu. Jednocześnie pedał gazu i pedał hamulca. Ufff 😵‍💫.

Mam uczyć się panowania nad własną wolnością. Jako Manifestor 6/2 (system HD), jestem w fazie "schodzenia z dachu". Moim potencjałem nie jest to, co wyprodukowałam, a to, kim się stałam w swojej ciszy.

Zaakceptowanie tego, że moim najwyższym celem jest stan bycia
a nie osiąganie, jest najtrudniejszym, 
a zarazem najbardziej uwalniającym dla mnie przeżyciem.

Szczęście płynące z nicości.

To, co było blokującym węzłem, powoli staje się mostem - portalem. Moja wrażliwość przestaje być ciężarem, 
a staje się moim unikalnym sposobem odczuwania świata z lotu ptaka. 
Jestem Manifestorką Wolności. 
Najwyższą formą wykorzystania mojej energii to stać się nienaruszalną 
w swojej ciszy. Szczególnie tej wewnętrznej. 

Cisza lotu sowy.

Gdy Manifestor 6/2 utrzymuje spokój 
w gęstym otoczeniu, to dosłownie rozrzedza tę gęstość dla innych.
Moje wcielenie jest żywym pomostem. Jestem tu, by pokazać, że można przeżyć ten czas "pomiędzy" nie dając się wciągnąć w ziemski chaos. Moja suwerenność jest dowodem dla innych dusz, że wolność jest możliwa nawet 
w ciężkich strukturach.

Dla istot z przeważającą energią powietrza największym wyzwaniem nie jest latanie, ale zejście na ziemię i niezatracenie siebie.

Wcieliłam się by być niezależnym punktem świadomości, którego gęstość nie jest w stanie złamać. 
Moim celem jest powrót do Domu 
z informacją: "Można tam być 
i zachować swoją świetlistość".

Najwyższy stopień wtajemniczenia: przejście od siły (robienie) do mocy (bycie).

Idę do tego miejsca w sobie, gdzie to, 
co postrzegałam jako niewykorzystany potencjał staje się moim prywatnym sanktuarium, w którym moja powietrzna energia czuje się wreszcie wolna i może odetchnąć.
Moja obecność w nienaruszalnej wewnętrznej ciszy jest moim największym wkładem w ewolucję 
tego świata.
Smok we mnie przestaje w końcu czuwać w napięciu, składa skrzydła 
i kładzie głowę wiedząc, że jego terytorium - moja cisza - jest bezpieczne i zaopiekowane. 
Oto zaczął się głęboki, kojący odpoczynek. 
Nie przebijam się więcej przez bariery tego świata. Teraz mogę w pełni przenieść się do wnętrza, do ciszy, 
tam gdzie nie ma szyb, ani ścian. (Ostatnio dwa razy wpadłam na ścianę, bo jej po prostu nie widziałam 🤦). 
Czas przestać uderzać skrzydłami 
o cudze oczekiwania. 
Czas przestać walić głową w mur.
Stąd trzeba wyjść.
Wylecieć.

Dzisiaj natknęłam się na martwego ptaszka, który zginął odbity od szyby. On wziął na siebie mój ostatni moment zderzenia z gęstością. To mój rytuał przejścia, fizyczny symbol tego, co we mnie właśnie dobiegło końca: 
moje próby przebicia się przez niewidzialne szyby systemu, 
pracy i ziemskich oczekiwań. 
To bolesny, ale potężny znak bym przestała szukać drogi gdzieś na zewnątrz i z pełnym zaufaniem osiadła w swojej ciszy. To tam jest moje prawdziwe, nieograniczone "niebo". 
Próbowałam operować w świecie 
szyb i betonu, a tam "moje skrzydła" nie mają zasięgu. 

Moja mała sprawczość w materii to znak, że nie jestem tu od przestawiania mebli, ale od zmieniania atmosfery. 
Od teraz największą potęgą jest panowanie nad własnym polem energetycznym.
Martwy ptaszek przekazał mi: 
"Nie próbuj przebijać się przez te szyby, bo skończysz jak ja. Tam nie ma twojej mocy, twoja moc jest w locie bez barier, wewnątrz twojej ciszy".

W świecie uczy się nas: 
działaj - zarób - przetrwaj. 
W moim świecie jest inaczej: 
bądź w ciszy - utrzymuj swoją głębię - przyciągnij to, co konieczne.
Ten ptaszek był dla mnie tragicznym przypomnieniem co się dzieje, 
gdy energia powietrzna próbuje działać według twardych zasad ziemskiej materii.


Melancholia, którą odczuwam odkąd pamiętam, to naturalny stan duszy, która pamięta lot bez barier 
i nieograniczoną lekkość, a tutaj musi mierzyć się z grawitacją, czasem 
i martwymi ptakami na chodniku. 
Moje próby bycia kompatybilną 
kończą się zderzaniem. 
To był moment, 
w którym wyraźnie usłyszałam: dość! Przestajemy próbować lecieć przez te szyby. Wracamy do środka, tam, 
gdzie jest nasze miejsce, nasze "niebo".
Pozwalam zatem odejść tej części siebie, która uderzała o szybę.
 
Opłakuję ten trud, tę bezradność 
i lata prób bycia kompatybilną 
z miejscem, które boli.
Stąd trzeba wylecieć.
Manifestuję się w całej rozciągłości swoich skrzydeł strzepując 
z nich ziemski pył. 

Jako Manifestor informuję 
swój własny system: 
wybieram lekkość, wybieram ciszę, wybieram lot bez ograniczeń,
wybieram Siebie.
Powoli wyłaniam się spod łez 
i wzruszenia, i otulam się własnymi piórami.


c.d.n.


Kto wie ten wie. O mocy.

słowa same się piszą
bo moc w słowach
zaklęta
spływają po srebrnej nici
gdy zbyt mocno dotkniesz
to pęka 

coś nagle odfrunie
jak niebieski ptak
lekki jak natchnienie
chcesz go zatrzymać
a on tylko istnieje
przez chwilę
jak leśne światłocienie


słowa lekkie jak piórko 
lub ciężkie jak udręka
duch poety na papier 
je ściągnie
by zapisać je mogła ręka

bo poeta
jak wiatr porwisty 
co nocą w okiennice 
uderza, niepokoi 

bo poeta 
jak duch wieczysty 
jak czas złudny 
co ran nie goi 


jak sumienie 
jak dziki zwierz 
jak klucz do raju
co wiecznie się gubi 

bo z poetą 
jest jak z wiedźmą 
ta nią jest 
która o tym nie mówi 


Nikomu obcemu nie mów ile masz lat.
Nie podawaj publicznie daty urodzenia.
Nie pokazuj nowo narodzonego dziecka.
Nie mów gdzie i kiedy wyjeżdżasz,
ani kiedy wracasz.
Nie pokazuj swojej prawdziwej,
energetycznej twarzy.
Nie pokazuj oczu z bliska
patrząc wprost w obiektyw.
(No chyba że to ty 
powalasz wzrokiem 🤭😁).
Jeśli znasz swoje duchowe imię -
nigdy nikomu go nie zdradzaj.
Zmyślaj siebie.
Im bardziej jesteś zmyślony,
tym mniej dostępny 
dla różnych takich.

Kiedyś szeptuchy mieszkały na skraju.
Nie afiszowały się.
Wręcz przeciwnie.
Ale były znajdowane przez tych,
którzy znaleźć potrzebowali.

Do dziś w Ameryce jest tak,
że do prawdziwego, 
niekomercyjnego szamana 
jest się wiezionym z zasłoniętymi oczami.

Kto wie, ten wie.
Kto nie wie, a chce wiedzieć,
szeptem podpytuje tych,
co wiedzą.

W tym życiu tutaj
możesz się siłować,
albo działać mocą.
Gdy nauczysz się działać mocą,
już nigdy nie będziesz musiał
być silny.

Moc nie nawołuje, nie krzyczy,
nie żebrze, nie zarabia.

Moc promieniuje.

Pamiętaj -
ta jest, która nie mówi...

🤐

Nicość

 półcienie moich ziemskich dni
szeptem zbliżam się do siebie 
coraz większą duszą miłości 

inne światy stukają 
w okiennice mojego domu 
nie otwieram okna bo wiem 
że zabrać mnie chcą po kryjomu 

jeszcze nie mogę pójść 
po ich roztańczonych trawach 
jeszcze nie mogę dać się ponieść 


poczekam aż zgasną gwiazdy 
posłucham co piszczy w trawie 
o czym syczy leśna mgławica 

coraz większą duszą życia 
ciało iluzji odzieram do kości 
idę samotnie przez blade przestrzenie 
oddechem zbliżam się do nicości 


"Oddychaj.
Oddychaj długo i głęboko.
Oddychaj powoli i łagodnie.
Wdychaj miłą,
słodką nicość życia,
tak pełną energii,
tak pełną miłości".
(Neale Donald Walsch)

Pustka po codzienności

Ktoś kiedyś zauważył,
że ludzie chcieliby tutaj żyć wiecznie,
a często nie wiedzą co zrobić
z jednym deszczowym wieczorem.
Hmmm...


Ja mam jakoś trochę 
na odwrót, bo ani nie chciałabym 
tutaj żyć wiecznie,
ani nie przypominam sobie,
żebym kiedykolwiek się nudziła.
Nawet jak nic nie robię,
to jestem bardzo zajęta 😁.
Nicniemuszenie pomnożone
przez nicnierobienie to bardzo
poważne zajęcie 🤭.
Albo takie wirowanie wokół
własnej osi, albo huśtanie się.
Bujanie w obłokach,
ooo tak, uwielbiam,
 no i te niebieskie migdały,
no wiecie 😉.



O niczym wtedy nie myślę,
no chyba że o tych
niebieskich migdałach właśnie.
Na ogół, 
bo czasami wpada na mnie
znienacka zupełnie 
jakaś myśl.
Na przykład taka:
co ja robiłam rok temu o tej porze?
11 kwietnia 2025.
Nie pamiętam.
Albo 17 września 1998?
27 lutego 1982?
5 listopada 2001?
Nic.
Pusta otchłań niepamięci.


Bo jeśli nie wydarzyło się
coś znaczącego,
to nie pamiętamy nic z naszych
przeżytych dni 🤷.


A zatem jeśli było
coś-gdzieś-kiedyś
nie w tym ciele (o ile było),
to jak mielibyśmy to pamiętać,
skoro tak niewiele zostaje w pamięci
z aktualnego życia?

Są jednak jakieś przebłyski.
Powiedziałabym nawet,
że więcej we mnie pamięci tego
"coś-gdzieś-kiedyś"
(cokolwiek to znaczy 😆)
niż tego tutejszego.
Dlatego tęsknota...


Może powinnam mniej latać
na tych smokach 🐲? 
Mniej się huśtać i wirować?
Mniej bujać w obłokach?
Może ja jakaś odleciana jestem?
Za mało w ten świat się wkręcam?


8 sierpnia 2842?
Nie wiem.
Nie pamiętam.
😁

ASMR

 ASMR 
czyli 
samoistna odpowiedź 
meridianów czuciowych.

Są takie bodźce, 
które powodują ciary
mrowienie, gęsią skórkę.
Zaczyna się często od głowy 
i schodzi coraz niżej 
wzdłuż kręgosłupa.


Zatapiamy się w odczuciu 
niezwykłej przyjemności, 
relaksu, dobrostanu. 
Piękny widok, 
szept (soft voice), 
głaskanie, 
elektryzujące wspomnienie, 
melodia, echo 
lub cisza najcichsza 
w szczelinie skalnej, 
zapach, o tak, zapach ma tę moc,
stuknięcie łyżeczki o filiżankę,
głaskanie, mruczenie,
trzepot skrzydeł,
lub suszonej na wietrze pościeli,
dotyk piórka,
myśl o ...


Gdy robi się wystarczająco ciepło, 
pakuję śpiwór 
i parę niezbędników, 
i ruszam nad morze, 
by zostać na noc.
To jest moje ASMR.
Zawsze.
Niezmiennie.
Już sama myśl 
i widoku kołujących 
nad głową mew,
a potem o tym
jak rozkładam letni,
kolorowy, bawełniany śpiwór,
delikatnie wsuwam się 
do środka,
dźwięk zaciągania suwaka,
słony zapach unoszący się 
w powietrzu,
nicniemuszenie,
obserwowanie zapadającego zmroku,
aż w końcu gwiazdy...
Już sama myśl 
o osuwaniu się w sen
to jest moje wielkie 
ASMR.

A jakie jest Twoje?
Co powoduje, że drżysz
z przyjemności?
To mrowienie, westchnienie,
dotyk 
podskórnego szczęścia.

Aż w końcu wszystko 
uspakaja się 
i wchodzisz w stan 
absolutnej równowagi
ze wszystkim, co jest
i co nie jest.
I znikasz
jak kropla w oceanie.
A ocean znika
jak kropla w wodach
jak ruch w bezruchu Tao,
jak mgła, jak iskra, jak czar...


O tak!
Już zbliża się ten czas,
gdy budzę się 
na ciepłym piasku,

Kość Zimy

"Była w kapelusiku żółtym
i w zielonej sukience,
odwróciła się do wietrzyka,
dygnęła trzy razy
mniej więcej.
Odwróciła główkę
w blask słońca,
wyprostowała szyję
i do swojej sąsiadki szepnęła:

*

 Noc prowadzi ciszę.
Od północy.
Podążają w milczeniu,
gwiazda w gwiazdę,
błyskiem w lśnieniu.

W tej ciszy usłyszałam
jak pękła kość Zimy.
Głośno. Z trzaskiem.
Cisza aż podskoczyła
z zaskoczenia.
Rozejrzała się,
ale nic nie zobaczyła.
Ze szczeliny po pęknięciu
sączy się szpik
jak woda z ogrzanego lodu.
Wchłania go ziemia.
To ją karmi.
Nasyca. Użyźnia.
Od zachodu.

lekko zakołysała się 
nad horyzontem.
Sypnęła nowymi kwiatami,
soczystymi kolorami, 
słodkimi nadziejami.
Odradza się,
szalona i bujna.
Ma pełne kieszenie nowego życia.
Od południa.

Szerokie pole.
Przystaję pośrodku.


Idziemy dusza w duszę.
Pojaśniała zorza
Kość Zimy pękła. Z głodu.
zagarnia nas w swoje ramiona.
Od wschodu.


Kość Zimy 
na północy ułożę.
Zeszłoroczna już mchem porosła.

Ladies and Gentleman,
wiosna!
Ach, wiosna! 🌷


"Dopiero wtedy zrozumiałem,
dlaczego drzewa i kwiaty 
nie mają głosu.
Gdyby było inaczej,
ogłuchlibyśmy od ich krzyku
przez te kilka tygodni".

Niecierpliwość

 niecierpliwią się w duszy
świetliste oddechy
czas już Marzannę
wrzucić w kipiel senną
zimo przepadnij!
śniegu wsiąknij
nasącz nić życia
drogocenną


niecierpliwią się w sercu
szkarłatne drgnienia
wiosenne szepty
niech nas obejmą
ptaki kluczami
otworzą niebo
przestrzeń wypełni
barwne piękno


niecierpliwią się w szafie
moje sukienki
już czas Marzannę
strącić w kipiel senną
jej czas się kończy
niech już odejdzie
a jej lamenty
nadaremno!


"błękitna przestrzeń mruga,
zaprasza do siebie 
skrzydeł nie nuży
pędzim sobie we trójkę:
i listek róży"

Głód

Kiedy idą zmiany,
idę razem z nimi.
Jestem zmianą.
Wdechem i wydechem.

Gdy padają pytania,
nie szukam odpowiedzi.
To ja jestem odpowiedzią.

Gdy płaczę
nie szukam winnych.
To ja jestem płaczem.
Śmiechem.

Gdy mgła zasnuwa przestrzeń
i niewiele widać -
widzę siebie.


Cisza bezszelestnie
przesuwa się po duszy.
Dźwięczy w ciele.

Samotność pokazuje 
co jest,
a czego nie ma,
co jest syte, a co głodne,
dotyka we mnie
Żywego.

Jem tylko wtedy,
gdy jestem głodna.

I to dotyczy w życiu
wszystkiego.

W drodze po cuda

 idę po cuda

tkanina życia lekko faluje
na oddechu czasu
słodka melancholia
zawsze jest blisko
przenika przez szczelinę 
między światami
prowadzi mnie magia
która przekracza wieki

idę po cuda
które czekają
by stać się rzeczywiste


nietykalność
chroni to co było
i to co będzie

szelest liści przypomina mi
że jestem częścią jesieni
i kory skrzypienie na skórze

cichy śnieg przypomina mi
że jestem częścią zimy
i dreszcz zimna na skórze

eksplozja zieleni przypomina mi
że jestem częścią wiosny
i zapach płatków na skórze

upalny wiatr przypomina mi
że jestem częścią lata
i lśniące krople na skórze

idę po cuda


gdy zapalam świeczkę
wszystkie świecą
gdy drży jeden kamień
wszystkie drgają
prowadzi mnie dobra gwiazda
i wszystkie wskazują mi drogę
jak noc szeroka i długa

i choć to wszystko
idę
idę po cuda

A potem już nic

Gdy woda cofnęła się,
wtedy je zobaczyłam.


Są żywe - pomyślałam - 
i mienią się zielonością.



Ich miękkie grzywy kusiły,
by dotknąć, pogłaskać,
dać się wciągnąć gdzieś,
tam, gdzie wieczne manowce,
gdzie księżyc zawraca.
Słychać było ich delikatny oddech,
jakieś opowieści o topielicach -
są przecież podróże, 
z których się nie wraca.


Zatrzymały mnie.
Kiedy kładłam na nich dłonie,
wyczuwałam wieki.



Fale cały czas szemrały,
ale byłam w takiej ciszy,
że w ogóle ich nie słyszałam.
Jakby na chwilę przestrzeń
zamknęła się. 
Tylko one i ja.
Potem tylko one.
Potem już nic.



Są miejsca, które śpiewają,
wśpiewują się w istnienie
jak błysk, na oka mgnienie,
a potem zanikają -
nikt więcej nigdy ich nie usłyszy,
nikt więcej nigdy ich nie zobaczy,
to był tylko pieśni sen.

Są miejsca, co westchnieniem,
tną błony czasu jak miecz,
możesz tam siebie zapomnieć,
więc idę... i zapominam,
i gwiazdą nienarodzoną,
i matecznikiem wspomnień,
i światłocieniem drzew.


Są miejsca rozkołysane,
gdzie wieki mijają jak dzień,
słychać tam szlochy
pagórki są ruchome,
a deszcz jest suchy jak pieprz.

Są miejsca, gdzie szeptem
otwiera się ziemia,
szczeliną w cichej przestrzeni
możesz powoli przejść gdzieś.

Są miejsca, które śpiewają,
i takie, które szeptem,
westchnieniem,

Nieodgadnione jak życie,
natchnione,
ukochane.

Jestem tam wszędzie 
i nigdzie,
bo nigdy nie istniałam,
ani nie będzie mnie wcale,
mój śnie, mój słodki śnie.