Gdy woda cofnęła się,
wtedy je zobaczyłam.
Są żywe - pomyślałam -
i mienią się zielonością.
Ich miękkie grzywy kusiły,
by dotknąć, pogłaskać,
dać się wciągnąć gdzieś,
tam, gdzie wieczne manowce,
gdzie księżyc zawraca.
Słychać było ich delikatny oddech,
jakieś opowieści o topielicach -
są przecież podróże,
z których się nie wraca.
Zatrzymały mnie.
Kiedy kładłam na nich dłonie,
wyczuwałam wieki.
Fale cały czas szemrały,
ale byłam w takiej ciszy,
że w ogóle ich nie słyszałam.
Jakby na chwilę przestrzeń
zamknęła się.
Tylko one i ja.
Potem tylko one.
Potem już nic.
Są miejsca, które śpiewają,
wśpiewują się w istnienie
jak błysk, na oka mgnienie,
a potem zanikają -
nikt więcej nigdy ich nie usłyszy,
nikt więcej nigdy ich nie zobaczy,
to był tylko pieśni sen.
Są miejsca, co westchnieniem,
tną błony czasu jak miecz,
możesz tam siebie zapomnieć,
więc idę... i zapominam,
i jestem wiatrem północy,
i gwiazdą nienarodzoną,
i matecznikiem wspomnień,
i światłocieniem drzew.
Są miejsca rozkołysane,
gdzie wieki mijają jak dzień,
słychać tam szlochy
pagórki są ruchome,
a deszcz jest suchy jak pieprz.
Są miejsca, gdzie szeptem
otwiera się ziemia,
szczeliną w cichej przestrzeni
możesz powoli przejść gdzieś.
Są miejsca, które śpiewają,
i takie, które szeptem,
westchnieniem,
Nieodgadnione jak życie,
natchnione,
ukochane.
Jestem tam wszędzie
i nigdzie,
bo nigdy nie istniałam,
ani nie będzie mnie wcale,
mój śnie, mój słodki śnie.









