Kiedy się rano budzę,
sporo wysiłku kosztuje mnie
żeby postawić się do pionu.
Zawsze jest nieprzyjemnie.
Zasypiam późno, bo jestem typem sowy
i rozkręcam się dopiero gdzieś po siedemnastej.
Ale o której bym nie wstawała,
to te pierwsze trzy minuty dnia...
ufff, to jak dokładanie
kolejnych kamieni do worka tożsamości.
Najpierw czuję niechęć i tęsknotę.
Podczas snu znajdowałam się tam,
gdzie nie ma czasu, przestrzeni,
oporu ani dualizmu.
Absolutne bezpieczeństwo.
To miejsce, gdzie "było najlepiej".
Miałam skrzydła, mogłam latać.
Nagle spadam wprost do ziemskiego łóżka.
Wracam do płaszczyzny,
która jest najwolniejsza, najgęstsza
i stawia największy opór.
I jest takie: ratunku, nie chcę!!!
Nagle zderzają się dwie różne prędkości
informacyjne.
Moja biologia potrzebuje kilku minut
na ponowne włączenie filtrów rzeczywistości 3D
(grawitacji, czasu, tożsamości).
Gdzie jestem, kim jestem, co ja tutaj robię?
Ach, życie, no tak, to ty 😜.
Odczuwam szok prędkościowy.
Przejście z nieskończonej prędkości
nieliniowej do powolnej prędkości linearnej
jest tak wpadnięcie do smoły.
Gdy tylko sobie uświadamiam,
że to tylko techniczny proces
adaptacji anteny (mojego ciała)
do nowego dnia - znika powoli
ten emocjonalny ciężar,
rozkręcam się i wracam do równowagi.
Za kilka chwil już jest dobrze.
No może nie tak dobrze,
jak z drugiej strony 🙃,
ale da się wytrzymać.
Moja biologia krok po kroku
kalibruje się do gęstości 3.
Moja antena właśnie się włącza.
Zanim mój ziemski plan się "załaduje",
zanim te wszystkie pliki wskoczą
na swoje miejsce, zanim przypomnę sobie,
że odpala się codzienny film -
w tej krótkiej szczelinie przeżywam
rozpaczliwą ochotę zniknięcia,
odejścia,
uśnięcia z powrotem,
powrotu do sprzed chwili,
żeby jak najszybciej odzyskać
stan nieważkości i skrzydła.
Mój poranny szok prędkościowy
pogłębiają ustawienia fabryczne, matriksowe.
Każdy ma inne.
Ja mam powietrzne, więc to tylko
pogłębia dyskomfort.
Na szczęście nie muszę na ogół
rano wstawać.
No chyba że jakiś samolot wściekłym świtem.
W Santander jest małe lotnisko,
więc wylot mam zwykle z Bilbao.
Ostatnio miałam wylot o 6:15.
O 5 trzeba tam być, a jeszcze
te 120 km żeby dojechać na lotnisko.
I właśnie wtedy, gdy muszę wstać
o godzinie zbliżonej do tej,
o której zwykle się kładę,
to jest upiornie.
Wszystko mnie boli i mam wrażenie,
że zaraz po prostu
rozpadnę się na kawałki 🥴.
Wraz z upływem czasu ziemskiego
coraz bardziej to odczuwam.
I tak jak pobudka
i powrót do 3 gęstości
idzie mi opornie,
tak zasypiam w locie
na sam widok poduszki 😁.
A potem...
a potem każda gwiazda 🌟
jest jak portal do innego życia.
Ale o tym opowiem
następnym razem.







