Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Zza membrany

 Czasami odpala mi się tęsknota za czymś
i nie wiem za czym.
Zatrzymuje mnie nagle w biegu iluzji.
Zawieszam się.
Zamykam oczy i słucham zdumiona,
że to znowu się wydarzyło.
Wróciło. 

To zaczyna się dziać, gdy usłyszę znienacka
dochodzące z jakiegoś bliżej nieokreślonego skądś.
Jakby nie z tego świata.
I nie wiem czy to dzieje się naprawdę
czy tylko w mojej głowie.
(Ale co to jest naprawdę?)

równie odległe i nietutejsze.

Innym razem może to być widok 
powracających na wiosnę dzikich gęsi.
Patrzę wtedy za nimi i dusza mi się wyrywa.
Tęsknota.
Jakbym kiedyś latała z nimi.
(W ogóle widok kluczy ptaków
wyciska mi łzy z oczu).


Czasami to może być zapach, który pamiętam 
z dzieciństwa. 
(Ale z którego?)

Mam też w tęsknocie pamięci 
jedno takie męskie spojrzenie
(odwzajemnione ukradkiem), 
które było jak muśnięcie atłasem miłości,
która nigdy się nie wydarzyła,
bo nigdy nie miała się wydarzyć.
Nadal jednak wisi uwieszona w powietrzu
w tamtym kiedyś.
(Ale co to jest kiedyś?)


Tęsknoty.
Fragmenty jakiejś większej całości,
której nie pamiętam.
To jakby mieć jednego puzzla układanki,
podczas gdy brakuje wszystkich pozostałych.
Coś jest już niedostępne.
Albo zatracone.
Było i odeszło, albo tylko miało być.
Ale zawisło u progu mojej pamięci,
jak kołyszący się na drzewie jesienny liść,
trzymający się gałęzi chyba już tylko
siłą woli.

To wciąż jest.
Jak odległe przeczucie w snach.
Jest za uginającą się pod dłonią membraną,
która broni dostępu 
do wielkiego Być Może.

Ptaki. 
(Dzikie gęsi, może łabędzie, a może żurawie?)
Zapachy. Miłość bez słów. 
Nienarodzone dzieci.
Magnetyczne spojrzenia, po których zostaje dreszcz 
od stóp do głów.
W tkance istnienia.
W tkance nieistnienia.
Dźwięki pianina.
(Może fortepianu?)
Piękne, tęskne, poruszające, odległe
jak od pełni nów.

Szmer pędzla

wiele ciekawych rzeczy
odkrywam w dawnych wspomnieniach 
z oddalenia to i owo
wygląda zupełnie inaczej
zabawniej, dziwniej, śmieszniej
a dużo kiedyś bardzo ważnych spraw
dziś nie ma już żadnego znaczenia


jakieś przyjaźnie
cienie kobiet i mężczyzn
zgaszone przez słońce
do tego kawa z mlekiem, 
ty ze mną i inne, 
mniej lub bardziej udane, połączenia

kiedyś lubiłeś mnie malować
a ja lubiłam słuchać
szmeru pędzla na płótnie


niektóre wspomnienia lubią wracać tak
szpula czasu niestrudzenie
nawija film naszego istnienia
i tak do końca nie wiadomo
co ma sens, może tylko to
że kwiaty rosną


oddychaj pełną piersią
bo każda chwila staje się wspomnieniem
nie ma czasu do stracenia
nie ma czasu do zyskania
nie ma czasu
nie ma
nie, ale
jesteś ty, jestem ja
i szmer pędzla na życia płótnie
wiosną


Kartka z kalendarza: koniec lutego

Kiedy poranny śpiew ptaków
wybudza mnie powoli
z wewnętrznego, zimowego zastoju,
wciąż poruszam się w zwolnionym tempie.

Przeleżałam tę zimę w sobie
nieruchoma jak kamień,
ale jednak przebyłam daleką drogę.


Nie wiem, co w tym czasie
wydarzyło się na świecie.
Moje wnętrze było
jak budka telefoniczna bez telefonu –
dzwoniła tylko cisza.

Pamiętam bezchmurne niebo
na tarasie wspomnienia letniego słońca.
Pamiętam, jak zanikał puls łąki
pod stopą jesieni
i smutek ostatnich kwiatów.
Potem zima – zamknęłam się
niczym głuche zamczysko
i poprzez wewnętrzne krajobrazy
byłam bliżej siebie.
 
Droga do wyjścia na zewnątrz jest wewnątrz.
Idę sama, powoli, nie przystaję.
Z twarzą ku chmurom sennym
wzrokiem prześwietlam nieba manowce.
Księżyc wychodzi z nowiu.
Pies szczeka gdzieś w oddali.
 
Świat. Kraina cykli,
wiecznych powrotów i wiecznych oddaleń.
Wracam. Patrzę, gdzie teraz jestem.
Jestem... o niebo dalej.