Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Pamiętałam

 jak w przyszłości było kolorowe niebo.
A ja byłam drzewem.

O tak, bez liści też daje się żyć.
Też daje się wyciągać ramiona ku niebu.
Pamiętałam, jak wszystko
krążyło wewnątrz, wyciszone, spowolnione,
chłodne, ale świadome, że to nie koniec.


Pamiętałam, że potem nie byłam już drzewem.
Ale kim?
Sypał śnieg, czysty, cichy i lekki,
 a ja szłam przed siebie
ścieżkami wiatru i zwierząt, i nie miałam nic do stracenia.
Byłam wolna.
Połykałam płatki śniegu i były tak samo smaczne,
jak gdzieś, kiedyś, dawno temu.


Wokoło pełno było niczyjej obecności,
cieszyłam się, że jestem jej częścią.
Zima zna miejsca mało uczęszczane i tam
ma swoje kryjówki.
Tam chowa swoje sacrum dla tych, którzy dotrą w jakikolwiek sposób.
(Profanum rozpościera się głównie na ulicach miast,
gdzie śnieg zamienia się w brudną breję,
skrobanie szyb i zimny wiatr utrudniają życie,
a wczesny mrok wpędza ludzi w depresję).

Sacrum może być burzą śnieżną,
która wystawi cię na próbę -
 lodowatym podmuchem zetnie ci szpik w kościach,
krew w żyłach i kwiat na drodze.



Zatrze twoje ślady bezpowrotnie, zamrozi łzy i myśli, 
oddech zamieni w szron.


Pamiętałam, że jeśli nie dam się złamać,
że jeśli stanę za sobą, ze sobą i w sobie - wejdę w swój tunel zdarzeń 
przez unikalną szczelinę w czasoprzestrzeni, 
która otwiera się tylko raz w życiu - 
i wtedy przypomnę sobie.
Milczenie, spokój, bezruch.

"... Wszechświat otwiera się
przez ton milczenia i w tonie milczenia
odbywa się przemiana wieków".

Wszechświat otworzy się nagle skrawkiem błękitu i, pamiętałam,
że wtedy już nigdy, nigdy 
kim jestem i co przeżyłam, 
nie zapomnę.

Pamiętając, zaniosę, zaniosę tam...


"Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,
że nie jestem stąd.
Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej
barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć
wszystkiego, co jest
udziałem człowieka, przemienić co doznane
w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd
przyszedłem".

Między Yule a Imbolc

czyli czas pomiędzy przesileniem zimowym,
gdy świętujemy odrodzenie Słońca 21 grudnia, a 2 lutego,
gdy zaczyna ono już coraz bardziej rosnąć i nabierać mocy.

Celtyckie słowo "imbolc" ma różne znaczenia:
w brzuchu matki, mleko matki lub mleko owcze
(to wtedy przychodzą na świat młode owce,
również te czarne :))
Oznacza także mycie, oczyszczenie.
To jest ta chwila, gdy natura, 
mimo niezbyt jeszcze widocznych oznak na zewnątrz, 
już jednak zaczyna na dobre budzić się z zimowego uśpienia.


To jest dla mnie czas gawrowania, późnego wstawania,
kocykowania, kominkowania, kokoszenia się w domowych pieleszach.
Gdy tylko pogoda pozwala - wychylam nos na zewnątrz,
by choć trochę pobyć wśród bezlistnych gałęzi
targanych wiatrem, nacieszyć oczy ośnieżonymi górami,
i zasuszającymi się pięknie hortensjami,
przejść boso po zimnej trawie, dotknąć wyziębionej ziemi.

Jeszcze niedawno robiliśmy sosnowe napary
na ogniu w ogrodzie, jeszcze niedawno zbieraliśmy grzyby,
orzechy, kasztany, dziką różę -
a teraz wykorzystujemy zapasy, aby się pożywić.







Zimowy napar dla ciała i duszy:
suszone skórki pomarańczy, pędy i igły sosnowe, 
ususzone późnym latem owoce czarnego bzu,
gałązka suszonej ruty i geranium (anginka),
parę kuleczek głogu dla serducha,
listek stewii dla słodkości lub korzonek lukrecji.




Kolor naparu przecudnej urody,
a jak smakuje! Mmmm...


Druga wersja, bardzo rozgrzewająca:
zielona kawa ekologiczna,
imbir, kardamon, cynamon, anyż, kolendra,
ziele angielskie, goździki, lukrecja, stewia, kurkuma, pieprz.
Wszystko oczywiście suszone i zmielone.
Zalewamy gorącą wodą i parzymy pod przykryciem kilka minut.
Pijemy mocno gorące.


Sezon na hiszpańskie pomarańcze w rozkwicie.
Tu na północy, w Kantabrii, rośnie ich niewiele,
ale przyjeżdżają do nas z Murcji, Walencji i Andaluzji.
Kupujemy skrzynkami 😊


Poza tym ulubione przez wnusia liczi.
(Ostatnie zamówienie: babi, kup mi dużo, tak ze dwie miski 😃.
No to są).


No i moje ulubione daktyle king size,
persymona czyli kaki, granaty, jabłka.



Okazuje się, że zima jest wypełniona owocami po brzegi
swych wiatrów, śniegów i dni krótkich jak mgnienie gwiazd.
Owoce królują w moim sielskim domostwie przez cały rok.


A na wieczory przy kominku -
zajęcie lubiane przez wiele kobiet, ongiś i dziś.
Dzierganie, szydełkowanie, robótki ręczne.


Już sam widok kolorowej wełny pobudza moją kreatywność.
W tym roku - czapy!
Nigdy wcześniej nie robiłam, więc skrzaty pomagają 😍


Jedna - już gotowa.
Udała się całkiem nieźle.
Ta będzie moja.


Druga - dla wnusia - się robi.


I tak właśnie sobie jesteśmy, w drodze między
Yule a Imbolc.

Czemu używam tych niepolskich nazw?
Głównie z powodu braku polskich.
Mamy Dziady, Kupalnockę, przesilenia i równonoce,
i na tym koniec.
Samhain, Yule, Imbolc, Ostara, Beltane, Litha, Lammas i Mabon -
to nazwy określonych, ważnych momentów w Kole Natury.
Mimo że głównie wywodzą się ze świąt celtyckich i germańskich -
to jednak nie trzeba przynależeć do żadnej religii, żadnego wyznania,
niepotrzebni są pośrednicy ani przewodnicy,
aby w tych dniach zatrzymać się na chwilę
i na swój sposób uświęcić to, co cykliczne, równoważące i harmonijne.
Jeśli ktoś lubi - można świętować razem,
ale można i w pojedynkę, sam na sam z siłami natury,
pokłonić się temu, co jest zarówno w nas, jak i na zewnątrz, 
temu, co nas karmi i odżywia,
i trzyma przy życiu - Ziemia i jej cykle, Natura i jej plony,
moc kreacji, żywioły i kontinuum pokoleń,
i powiązana z nami wszystkimi kolej rzeczy.
Czasami wystarczy chwila zadumy...

Królewska koniunkcja

dopełnia się.
Patrząc na niebo można odnieść wrażenie, 
że Saturn z Jowiszem za chwilę wpadną na siebie.
Ale nie dajmy się zwieść - to tylko złudzenie.
Nadal są od siebie oddaleni około 800 milionów kilometrów.
Cóż za iluzoryczny świat, ten nasz.

Jakkolwiek bądź, życie toczy się nadal.
Koguty pieją jak zwykle o poranku. 
Zza szczytów gór zaraz wychyli się słońce -
podaje delikatne ciepło na promiennej dłoni i barwi chmury
ostatnim dniem tegorocznej jesieni.


Tej nocy Zima stuknie swoim lodowatym konarem trzykrotnie,
a Jesień na ten znak zwinie swoją kruchą suknię z liści
i dmuchnie silnym wiatrem na pożegnanie.
Jutro rano Zima umości się już wygodnie
na tronie Natury i na początek zarządzi kilka najdłuższych nocy
nim Słońce na nowo poruszy cykl jasności i przyrostu.
Niesamowite jest to przelśnienie, niezwykłe rzeczy się dzieją.
Jeśli jesteś w tym miejscu w sobie, gdzie można żyć dziko i uroczyście -
poczujesz to.
Poczujesz, jak w ten dziwny i jedyny czas
wybarwia się confetti ducha Wodnika z morza świadomości bez dna.

W ciągu dnia chmury rozchylają swoje białe pióropusze
i pokazują, również wielce iluzoryczny,
 błękitny górny świat, który jest wielką niewiadomą.


Przyglądam się z czułością, jak obficie kwitną już prymulki.
Zbieram liście na pożegnanie jesieni.




Płynę z przemijaniem nie tylko pór roku,
niczego nie przyspieszam, niczego nie opóźniam,
jestem wieczna, więc mam czas;
coś się kończy - coś się zaczyna,
mocno wibrują nowe energie
i nic, nic, nic nas już nie powstrzyma
przed wielkim Saturnem mocy,
przed wielkim Jowiszem zmian.