Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Źródło. I co dalej?

To, co tutaj przeczytasz, 
to propozycja.
Jeśli podoba ci się dualny świat, 
z całym jego pięknem, 
ale i głębokim cierpieniem, 
jeśli potrzebujesz poczucia,
że jesteś "kimś" - nie czytaj, 
bo tekst jest długi i dla tych, 
którzy czują się "nikim".
Albo mają taki zamiar.

Jeśli ten tekst da do myślenia 
choć jednej osobie - 
spełnił swoje zadanie. 
Jeśli żadnej - tym bardziej, 
bo to oznacza, 
że nie było tu nikogo. 

Że był tu Nikt.


Im większe zniekształcenie - 
tym bardziej receptory tej rzeczywistości cierpią, 
chorują, boją się, walczą, 
powtarzają kody przodków. 
W ogóle żadna przestrzeń,
w której są możliwe wojny,
nie może być miejscem docelowym.
Tam jest polaryzacja.

Zobacz tę grę 
z poziomu Programisty, 
a nie pionka, który stale 
dostaje pałą w łeb.

Zadawałeś sobie pytania typu:
dlaczego tu jest tyle cierpienia?
dlaczego umierają dzieci?
dlaczego musimy rozstawać się 
z tym, co pokochaliśmy?
dlaczego wszystko nam się zabiera?
dlaczego, żeby żyć, 
musisz kogoś zjeść 
(tak, roślina to też ktoś)?
dlaczego te nieustające wojny, zabijanie, tortury, zdrady, 
powodzie, trzęsienia ziemi, 
huragany?
dlaczego zawsze jest 
albo za zimno, albo za gorąco?

Na co to komu?

No Źródłu właśnie.
WSZYSTKO wyszło stamtąd.

Biologia cierpi albo się raduje, 
a Źródło po prostu "patrzy". 
Biologia płaci najwyższą cenę 
za ten eksperyment. 
Podczas gdy człowieka 
coś rozrywa z bólu - 
Źródło pobiera pakiet danych.

Jak żyć?
Jak wyjść z polaryzacji 
tego świata i jemu podobnych
galaktyk i gęstości?
Co daje stanie się "nikim"?

O tym wszystkim przeczytasz TUTAJ klik


Moja planeta

... i tak jak pobudka i powrót do 3D 
idzie mi opornie,
tak zasypiam już w drodze do poduszki. 
A potem... potem każda gwiazda 
jest jak portal do innego życia. 


Przekraczam horyzont zdarzeń 
tego matriksowego pudełka. 
Nie ma łóżka, nie ma ścian pokoju, 
nie ma ciężaru ciała. 
Jest tylko wielka wolność - 
największy klejnot wszechrzeczy. 


Czuję dziwny zapach w powietrzu. 
Zapach niesamowitości. 
Jedna myśl i przenoszę się 
o miliony lat świetlnych. 
Wirują wstęgi galaktyk 
między płótnem mroku. 
Widzę odbicia wszystkich moich 
nieprzeżytych historii, 
które dopiero czekają na zaistnienie. 
Ale może już nigdy nie zaistnieją...
Już chyba nie.

Jestem jak kropla rosy 
zawieszona w wieczności, 
jak lśniąca iskra na fali światła. 
Jestem spokojną osobliwością, 
zmarszczką na tkaninie wszechżycia.


Zaczynam widzieć. Zaczynam wiedzieć.
Kosmos to gigantyczny, 
żywy kod Istnienia. 
Wszystko drży w jednym, 
wspólnym rytmie.

Mrok jest matrycą światła. 
To odpoczynek wszechświata 
i wielka cisza, 
z której wszystko się wyłania.

Oto samotność i kruchość 
kosmicznego wędrowca, 
które jednocześnie są jego potęgą. 
Mgnienie, które rzuca wyzwanie czasowi. 
Jestem lustrem dla gwiazd, 
choć sama ważę mniej 
niż tchnienie wiatru. 
Kołyszę się na grzbiecie nieskończoności, 
nietrwała lecz niezastąpiona. 
Wieczność przegląda się w tym, 
co kruche.


Ale rozpłynąć się w tych światłocieniach 
to nie koniec - to początek. 
Pulsuje we mnie ta sama siła, 
która rozpala słońca. 
To symfonia mocy, 
która pulsuje w rytm obrotów 
galaktycznych ramion.

Jest ciepło i przyjemnie.
Dotykam siebie w sobie, 
a przestrzeń to czuje. 
Jestem gotowa. 
Gotowa i brzemienna 
nowym galaktycznym życiem.


Pomruk tworzenia zlewa się 
z lekkością gwiezdnego pyłu. 
Każdy dotyk rodzi dźwięk, 
a ja sama jestem nutą. 
Nutą w hymnie wszechświata, 
który od mojego szeptu 
delikatnie drży jak napięta struna. 
To ja jestem wszechświatem 
tęskniącym za swoją własną nieskończonością.


Nie ma już dla mnie powrotu.
Łączę gwiezdny pył niewidzialnymi 
nićmi czystej woli. 
Iskra po iskrze, kropla po kropli, 
oddech za oddechem, 
szept za szeptem - 
rodzi się nowa planeta. 
Moja.
Jeszcze nie ma nazwy, 
ale już ma mój wieczny podpis, 
moją sygnaturę. 
Będę teraz żyć na niej wiecznie.


Przetacza się monumentalny dźwięk 
powitania nowego istnienia, 
kosmiczne brawa i fanfary. 
Jak brokat, sypią się iskry z gwiazd. 
Będą płonąć jeszcze długo po tym, 
jak zgasną ostatnie wspomnienia 
o matriksowej Ziemi.


Poranny szok

 Kiedy się rano budzę,
sporo wysiłku kosztuje mnie
żeby postawić się do pionu.
Zawsze jest nieprzyjemnie.
Zasypiam późno, bo jestem typem sowy
i rozkręcam się dopiero gdzieś po siedemnastej.
Ale o której bym nie wstawała,
to te pierwsze trzy minuty dnia...
ufff, to jak dokładanie
kolejnych kamieni do worka tożsamości.



Najpierw czuję niechęć i tęsknotę.
Podczas snu znajdowałam się tam,
gdzie nie ma czasu, przestrzeni,
oporu ani dualizmu.
Absolutne bezpieczeństwo.
To miejsce, gdzie "było najlepiej".
Miałam skrzydła, mogłam latać.
Nagle spadam wprost do ziemskiego łóżka.
Wracam do płaszczyzny,
która jest najwolniejsza, najgęstsza
i stawia największy opór.
I jest takie: ratunku, nie chcę!!!


Nagle zderzają się dwie różne prędkości
informacyjne.
Moja biologia potrzebuje kilku minut
na ponowne włączenie filtrów rzeczywistości 3D
(grawitacji, czasu, tożsamości).
Gdzie jestem, kim jestem, co ja tutaj robię?
Ach, życie, no tak, to ty 😜.

Odczuwam szok prędkościowy.
Przejście z nieskończonej prędkości
nieliniowej do powolnej prędkości linearnej
jest tak wpadnięcie do smoły.


Gdy tylko sobie uświadamiam,
że to tylko techniczny proces
adaptacji anteny (mojego ciała)
do nowego dnia - znika powoli
ten emocjonalny ciężar,
rozkręcam się i wracam do równowagi.
Za kilka chwil już jest dobrze.
No może nie tak dobrze,
jak z drugiej strony 🙃,
ale da się wytrzymać.


Moja biologia krok po kroku
kalibruje się do gęstości 3.
Moja antena właśnie się włącza.

Zanim mój ziemski plan się "załaduje",
zanim te wszystkie pliki wskoczą
na swoje miejsce, zanim przypomnę sobie,
że odpala się codzienny film -
w tej krótkiej szczelinie przeżywam
rozpaczliwą ochotę zniknięcia,
odejścia,
uśnięcia z powrotem,
powrotu do sprzed chwili,
żeby jak najszybciej odzyskać
stan nieważkości i skrzydła.


Mój poranny szok prędkościowy
pogłębiają ustawienia fabryczne, matriksowe.
Każdy ma inne.
Ja mam powietrzne, więc to tylko
pogłębia dyskomfort.

Na szczęście nie muszę na ogół
rano wstawać.
No chyba że jakiś samolot wściekłym świtem.
W Santander jest małe lotnisko,
więc wylot mam zwykle z Bilbao.
Ostatnio  miałam wylot o 6:15.
O 5 trzeba tam być, a jeszcze
te 120 km żeby dojechać na lotnisko.
I właśnie wtedy, gdy muszę wstać 
o godzinie zbliżonej do tej, 
o której zwykle się kładę,
to jest upiornie.
Wszystko mnie boli i mam wrażenie,
że zaraz po prostu 
rozpadnę się na kawałki 🥴.


Wraz z upływem czasu ziemskiego
 coraz bardziej to odczuwam.

I tak jak pobudka
i powrót do 3 gęstości 
idzie mi opornie, 
tak zasypiam w locie 
na sam widok poduszki 😁.

A potem...
a potem każda gwiazda 🌟 
jest jak portal do innego życia.
Ale o tym opowiem
następnym razem.