Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Nic więcej

"Lato jest nie tyle porą roku, ile melodią,
która zestraja nas z zadowoleniem
brzęczącym w powietrzu".
(S.B.Breathnach)



upalny wiatr rodzi szczęście
pragnienie by być bliżej nieba
i poczuć trzepoty serca -
nic więcej mi dziś nie potrzeba

odchodzę powoli w głąb lata
pakuję dwie kromki chleba
korale z porannej rosy
nic więcej mi dziś nie potrzeba

bezdroża i zwiewna sukienka
zeszyt na wiersze i drzewa
upalny wiatr rodzi szczęście -
nic więcej, nic więcej nie trzeba...


Gorące kamienie, błękitne światło z chmur,
letnie zaniechanie - radość rzeczy prostych.

Garstka

           „Każdy trzyma w ręku
garstkę nieskończoności”.


  
Dzień jak dziś.
Moja garstka nieskończoności.
Gdy się budzę, pierwsze, co widzę, to niebo i korony drzew.
Poranne zakładanie kolczyków – mały, codzienny rytuał
na powitanie nowo narodzonego poranka,
jeszcze uśmiechnąć się do siebie w lustrze: dzień dobry, dniu!

Otwieram szerzej okna.
Lubię gdy ciepłe powietrze wchodzi do domu i snuje się po nim jak dym,
a lato zagnieżdża się w zakamarkach jak wędrowny ptak.
Lubię, gdy odgłosy życia domu przeplatają się z tymi, co na zewnątrz:
dyskretne tykanie zegara, które jest częścią domowej ciszy
i przyjemny szelest wiatru pośród liści palmowych,
ćwierkanie ptaków i cykady.
I bambusowe dzwonki zawieszone na tarasie,
które odzywają się tylko wtedy, gdy wiatr z południa.
Znaczy się: będzie ciepło!
 I ceramiczny czajnik w kwiaty, który pyka radośnie,
niestrudzenie gotując wodę na kolejne herbaciane delicje.
Zielona z miodem, ulubiona. Sączę ją siedząc na ganku.
Wysokie trawy przed domem na łące
jak pięknie się kładą, jakby głaskane niewidzialną ręką.  
Słyszę jak rozkwitają wciąż nowe kule hortensji.


Patrzę w dal, odpoczywając wzrok. Jest dobrze, tak po prostu.
Bo zawsze mogę też patrzeć w górę.
Bo odczuwam dobrostan zdrowego ciała i spokój rozleniwionej latem duszy.
Bo „w moim ciele są święte rzeki: tutaj słońce i księżyc,
i święte miejsca pielgrzymek”. 
Bo tak wiele jeszcze mi się chce, a już nic nie muszę. 
Kolejny raz i bez końca, dziękuję za wszystko, co mam
i za wszystko, czego nie mam; za wszystko, co jest i za wszystko, co nie jest.

Tak siedzę sobie w tę niedzielę mojego życia, 
z miską (dużą!) czereśni rozrumienionych słońcem 
i z własnymi, dobrymi myślami. I różnymi marzeniami, na teraz, na zaś...
Starając się podążać stale w kierunku wewnętrznego raju,
czując dobrego ducha za plecami.

Mam świadomość, że żyję już bardzo długo, 
z wolna rozwija się drugie półwiecze. 
Ludzie gadają: życie jest krótkie, czas tak szybko leci,
dopiero co było to czy tamto, a już minęło jak błyskawica, jak młodość...
Mam dokładnie odwrotne odczucia: 
wrażenie, że moje dni i noce mijają powoli, 
rozsmakowane własnym istnieniem, 
pociągając mnie za sobą delikatnie w niespieszne życie; 
wrażenie, że żyję już ze dwieście lat, co najmniej.
Dzieciństwo, barwne i szczęśliwe, 
wydaje się być oddalone w czasie o lata świetlne, 
a młodość, wesoła, zmienna i szalona,  
przykryta już warstwami ciągle nowych zdarzeń, 
żyje zaszyta gdzieś we wspomnieniach, ale równie daleko jak słońce.
Lata trzydzieste i czterdzieste mojego życia, pełne ruchu, 
zmian i niespodzianek, powitań i pożegnań, 
„razembycia”, ale i rozstań ostatecznych – 
też zamieszkują już odległe otchłanie kosmosu.
Zamglone, nieostre, niewyraźne, choć jeszcze w kolorze.


„A my
żyliśmy dziko i bujnie jak łąka,
chwastami i wiatrem,
mniszkiem i zawilcem,
w ogromnym pluralis barw i dźwięków,
namiętnie i niemo,
w grzechu i modlitwie, rano i wieczorem,
w nudzie i śmiechu, trwał wieczny taniec,
maj, czerwiec, tyle się zdarzało,
pocałunki prawdziwe lub tylko w marzeniu,
warkocze, kłosy, twoje spojrzenie, weranda, cisza
i nic, purpura jesieni, tak, wszystko pamiętam,
maki, leszczyny, w mieście ciepłe cegły (...)”
(Adam Zagajewski)

Nie. Moje życie nie jest krótkie, ani nie mija szybko.
Gdzieżby w krótkim życiu mogło wydarzyć się tak wiele?
Przez chwilę wspominam nawet przyszłość - bo wszystko istnieje przecież
tu i teraz, nawet jeśli jeszcze się nie wydarzyło.
Ale nieuchronnie się jednak wydarza.
„Czyżby istniał wybór –
inny, delikatniejszy, lepszy świat,
piękniejsze drzewa, cedry o jeszcze
ciemniejszych szpilkach, święta jeszcze
wspanialsze, chwile zamyślenia
prowadzące prosto do sedna wiedzy,
dobry i łagodny czas, oddający nam
tych, których straciliśmy na zawsze
i nas samych, niewinnych i młodych?”
(Adam Zagajewski)


               Słychać pomruk    
            dojrzewającego lata.
Obok moje koty, które uczą mnie łagodnych ruchów.
Biała chustka z koronką, lniana, przewieszona przez poręcz krzesła –
szczegóły są takie piękne!
„Czarodzieje mogą wszystko” – książka kupiona kiedyś tam,
przed laty, którą teraz na nowo odkrywam.
Metalowy świecznik, staromodny, wygrzebany w równie staromodnym sklepie
w kamiennym miasteczku – dostał wreszcie świecę i zabłysnął radością.
Projekt, który miałam w głowie od dawna – 
odnowienie starej szafy z duszą  – ukończony. 
Dzięki mojej córce, która wszystko potrafi! :)
Mam w końcu swoją rustykalną, lawendową szafę.
„...nie zapominały o woreczku z lawendą
który zamieniał szafę z bielizną w łąkę
pachniała bezinteresownie, szaleńczo
pod ciężkim śniegiem prześcieradeł...”
(Adam Zagajewski)

Cały dom rozpachnił się chlebem, który właśnie rośnie w piecu.
  
Oddech mój, oddech Ziemi. Wdychamy, wydychamy.
Bicie serca moje, bicie serca Ziemi. Bam, bam, bam.
"Daleko z betonu świat"...
„Jestem dzieckiem powietrza, mięty i wiolonczeli,
i nie wszystkie drogi wysokiego świata
krzyżują się ze ścieżkami życia, które, na razie,
należy do mnie”.
(Adam Zagajewski) 

Chucham i dmucham na darowaną mi garstkę nieskończoności.
Dbam o nią najlepiej, jak potrafię.

Chleb rośnie, zegar tyka, świeca się pali, życie płynie.

Twoja nieobecność

             (dla R) 

tego dnia słodko pachniały 
bursztyny upału 
moje stopy podpływały pod fale
patrząc jak gubią się muszle 
na nieznanym brzegu 
Ciebie już nie było
ale była Twoja nieobecność

noce były krótkie
i brakowało im czasu na sen
słońce szybko wracało
może nawet wcale nie odchodziło
tylko drzemało przyczajone
w niezliczonych oknach
nadmorskich hoteli

¡qué calor! - powiedziałeś
chociaż Cię nie było
weszłam w słońce, szukając Cię
promienie smakowały gorąco
ale dusza nie dawała się spalić

tego dnia mnisi śpiewali
w świątyni lata
krusząc kadzidło i liście lawendy
słodko pachniało serce modlitwy
¡qué aroma! - powiedziałeś
chociaż wcale Cię nie było

wielka źrenica tao otworzyła się
gdy na jej rzęsach zawiesiłam
Twoją nieobecność

tu ausencia me duele -
wielokrotnie odpowiedziało echo

wcale nie odszedłeś
drzemiesz tylko przyczajony
w niezliczonych oknach
mojej miłości