Lubię wyjść z siebie i usiąść obok. Spojrzeć sobie w oczy lub czterema oczami w dal. Przede mną wiosna jesieni życia, wolna czasoprzestrzeń do usłania różami albo polnymi kwiatami, miodem codzienności, czekoladą zmierzchów, mlekiem świtów i stukaniem korali spadających lat. Dłonią w powietrzu rysuję sobie drzwi. Codziennie otwieram je i przechodzę na drugą stronę. Gdzie wtedy jestem? O niebo dalej...


Translate

Obserwuj Miejsce Spotkań Wymyślonych

Niezapomniana wizyta

u Los Alpaqueros, czyli u Zosi i Janusza.

Nie wiem, co takiego kręci się u nich "w domu i zagrodzie",
że jak się wejdzie, to w ogóle nie ma się ochoty wyjść.
Może Dobry Duch?
Albo po prostu ich niezwykła gościnność,
życzliwość i dobre serce?
Można by bez końca słuchać opowieści
o ich życiowych przygodach i wędrówkach,
z których ostatnia zaprowadziła ich właśnie tutaj -
do samotnego domu na skraju lasu,
gdzie "tworzą, aby żyć i żyją, aby tworzyć".


Oprócz długich rozmów o tym, co było i o tym, co będzie,
i co dobrze by było, aby było -
były też pierogi z jagodami i pyszne ciasto jagodowe,
i absolutne najlepszy ser, jaki kiedykolwiek jadłam...


...zaduma nad tym, ile to czynności,
czasu i umiejętności potrzeba, aby pozyskać wełnę
(i aby zamieniła się potem w piękny, na przykład, sweter)


... przytulanki Klaudii z maleńką Albą,
która urodziła się o świcie w dniu naszej wizyty,
i której Klaudia wymyśliła imię
(alba po hiszpańsku znaczy świt)



warsztat pracy Janusza, czyli małe wtajemniczenie


 
... i one, alpaki - andyjskie cuda, magiczne i hipnotyczne...
zapatrzenie się na nie powoduje zatrzymanie w czasie -
nagle nigdzie się człowiek nie spieszy,
nic nie musi i właściwie znika,
przestaje istnieć, sam siebie zapomina...










na rękach u Zosi mała Alba




                                                 Alba w obiektywie Klaudii

 


.
.
.

a my to co? gorsze??  😉


 
Więcej o Los Alpaqueros, ich życiu i twórczości
znajdziecie tutaj:


Modlitwa poranna


świadoma praw i obowiązków
wynikających z rozpoczęcia nowego dnia
uroczyście ślubuję samej sobie
że dołożę wszelkich starań
aby najbliższe 24 godziny mojego życia
były spokojne, szczęśliwe i pełne miłości

tak mi dopomóż
wschodzące na niebie słońce


Marokańskie Tanger


Zwykle z hiszpańskiej strony, gdzie mieszkamy, 
widzimy marokański brzeg Afryki.
Tym razem było odwrotnie -
mała wycieczka promem i oto jesteśmy po przeciwnej stronie.

Na zdjęciu Klaudia i port w Tanger.

Wychodzimy z portu i kierujemy się do miasta. A tam...

true colors
i robimy zakupy... 

...spacer po mieście, potem po plaży,
a potem...

coś dla ochłody, bo gorąco, gorąco.
Batido tropical i batido de fresa,


i miejscowa specjalność - gunpowder green tea z miętą czyli
niepowtarzalny smak mieszanki  mocno osłodzonej zielonej herbaty
ze świeżymi liśćmi mięty (hierbabuena).

Po całym dniu pełnym wrażeń, biegniemy na prom, prawie spóźnione. 
Pożegnanie z Afryką i wracamy na hiszpańską stronę.


21:20, powoli zachodzi słońce, wieje silny wiatr -
siedzimy z Klaudią na plaży na przylądku Punta de Tarifa.


To jest miejsce, gdzie kończy się Europa,
a Morze Śródziemne łączy się z Oceanem Atlantyckim
(Cieśnina Gibraltarska) 


Stąd już tylko 20 km do wybrzeża Afryki,
skąd właśnie wróciłyśmy.