.

.

Nie jesteś kroplą w oceanie. Jesteś całym oceanem zawartym w kropli. (Rumi)


Traductor
English French German Spain Italian Dutch Russian Portuguese

Nasza Klasa. Klasa?

Poznają się ze sobą tylko te osoby, które w jakiś sposób się przyciągają. Może to być zarówno w realnym świecie,  jak i w tym wirtualnym. Jak się komuś coś nie podoba, to może zrobić parę kliknięć i zniknąć. Na trochę albo na zawsze. Ale za to jeśli się podoba....ooo! jak wiele się może wydarzyć! Są przypadki, że zmienia się całe życie.
Zauważam, że wirtualna przyjaźń bywa często czymś fascynującym. Ludzie często dowiadują się o sobie więcej, niż gdyby się spotkali pośród twardej materii, bo nagle znika wiele barier, zawstydzeń  i onieśmieleń. Często znika też, niestety, poczucie odpowiedzialności i prawdziwa twarz... Oczywiście, nie widzimy mowy ciała, mimiki i gestykulacji, nie słyszymy barwy głosu, nie wyczujemy zapachu, ale.... co wprawniejsi są w stanie odczuć wibracje danej osoby już w krótkim czasie.
Pęd do poznawania się mamy ogromny. Dlatego też nasza-klasa powoli przestaje być tylko łącznikiem ludzi - klas szkolnych czy grup uczelnianych, a zaczyna się stawać wielką  płaszczyzną porozumienia znajomych - nieznajomych. Portal "dla ludzi z klasą" stał się po prostu "miejscem spotkań". Są osoby, którym się to nie podoba, bo niby nasza klasa, jak sama nazwa wskazuje,  powinna zachować charakter grup klasowych i basta! Ja, pani (pan) X odnajduję pana (panią) Y z podstawówki i jest super! A tu nagle Freud, Stowarzyszenie Umarłych Poetów, Najpiękniejsze Dziewczyny Polski i Mysio Pysio!  Konta realne i fikcyjne, żywi i umarli, tysiące zdjęć, linków i komentarzy, bo chcemy się podzielić tym, co nas zachwyciło, co lubimy, co nam w duszy gra... kolor i sepia, samo życie.... i ciekawość ludzi, cudowna ciekawość świata, w którym żyjemy.
Można mieć setki profili wśród „znajomych”, a kontaktować się na co dzień tylko z niektórymi spośród nich. A reszta istnieje sobie zawieszona jak martwa dusza, nie odzywa się do nas, ani my do niej. Odzywają się za to do niej inni i ona im odpowiada. Ona – czyli zbiorowa  dusza profili dla nas „niemych”. Czy też tak macie?
To po prostu oznacza, że nie nadajemy na tych samych falach.
I w wirtualnym świecie odczuwamy to podobnie jak w realnym. Dlaczego?
Bo nasze pole energetyczne działa poprzez czas i przestrzeń i dosięga innych dokładnie tak samo po drugiej stronie komputera, jakby stali obok nas.  Synchronia jest wszechobecna. Łączymy się i zaciągamy naszą własną sieć. Nagle odnajdujemy tu „siostry od miotły” albo bratamy się z wielbicielami kotów, pająków czy starych samochodów...
A za setki lat? Zakładając, że świat przetrwa... puszczam wodze fantazji: wtedy internet będzie przeżytkiem, wspomnieniem bardziej odległym niż dziś jest pierwszy telegraf czy płyta-czarny krążek. I w ogóle nie będzie potrzebny, bo ludzie będą się kontaktować telepatycznie w czasie równym zero, będą lewitować, przenikać przez ściany i inne fizyczne bariery, a może nawet będą w dwóch lub trzech miejscach jednocześnie? Może być tak, że wirtualny świat zniknie szybciej, niż się pojawił...
Wszystko przed nami.

Ale wracając do tu i teraz: po co się w to "bawimy"? Dlaczego tak wiele ludzi spędza tyle czasu na portalach społecznościowych?
Obserwując, na przykład,  tendencje na nk, zarysowują mi się cztery  główne opcje:
- pierwsza to ludzie samotni (co nie zawsze jest jednoznaczne z tym, że sami – mogą być w „pustych” związkach), którzy spędzają na portalu bardzo dużo czasu, są uzależnieni  w pewien sposób i  żyją życiem połączonym, symbiotycznym z tym, co się tutaj co dzień i co noc odbywa; wypełnia to ich realne życie, w którym niewiele się dzieje, albo które zabija rutyna;
część z nich jest zapisana do szkół i klas, a niektórzy wcale nie – traktują nk jak każdy inny portal towarzyski i szukają tu bratnich dusz, nowych znajomych, przygód, seksu, itp.
część z nich jest sobą i pokazuje twarz, część nie – są anonimowi i zasłonięci maskami (to ciekawy temat psychologiczny do szerszego rozwinięcia);
- druga to ludzie zajęci i pochłonięci swoim życiem w realu, zaglądający tu od czasu do czasu na zasadzie „zobaczmy co się wydarzyło podczas mojej nieobecności i co słychać wśród znajomych”;  wrzucą parę zdjęć z podróży, pochwalą się, że urodziło im się dziecko, napiszą, kiedy jadą w delegację, poplotkują na forum ze znajomymi i wpadną znowu za parę dni; są to w 100% profile realne, nie ma tu miejsca na fikcję;
 - trzecia grupa to ludzie kreatywni, czasami sami, ale nigdy samotni, czasami „fikcyjni”, ale często też bez zasłon – mają mnóstwo energii, pomysłów, cały wewnętrzny wszechświat, którym MUSZĄ się dzielić, żeby nie wybuchnąć od nadmiaru cudów, które ich opadły i proszą, aby opasać nimi świat! W  ich galeriach są setki  przeróżnych zdjęć, pod zdjęciami dziesiątki komentarzy, jest miejsce na cytaty, poezję, twórczość własną, konwersacje, linki, porady, wspomnienia, plany, nadzieje, propozycje i co tam jeszcze chcecie...
- jest jeszcze czwarta grupa, która założyła profile, zapisała się do swoich szkół i klas i .... zapomniała o tym. To ci ludzie, którzy dowiedzieli się, że istnieje coś takiego jak nk, spodobało im się, wpadli na chwilę i znikli na zawsze, albo zaglądają raz na pół roku – jak im się przypomni albo jak dostaną na poczcie powiadomienie: masz nową wiadomość...
Tak to widzę. Jestem w stanie wszystkich, których profile znam, przyporządkować do jednej z tych czterech  grup, ze sobą włącznie.
Ostatnio zauważyłam, że u pewnej mojej wirtualnej koleżanki drastycznie spadła ilość „znajomych”. Zaciekawiona pytam, co się stało. Odpowiedziała mi mniej więcej tak (przytaczam w skrócie to, co udało mi się zapamiętać z jej potoku słów i niejakiego oburzenia): "Wypieprzyłam!!! Wypieprzyłam wszystkie konta fikcyjne i tych, którzy chowają nazwiska. Co to niby jest do licha?! Jola W-ska. Jurek D-ak. Albo Marylka okruszek radości... Maciej reaktywacja konta. Alina, usuwam martwe dusze. Co to jest? Powariowali??? Może i jestem wirtualna, ale nie fikcyjna! Jest MOJE zdjęcie, a nie modelki iksińskiej, i moje imię i nazwisko.
I tylko z takimi będę gadać. Reszta niech spada na bambus!"
Możemy wartościować i oceniać, oburzać się lub zachwycać, dodawać lub kasować.  Żadna grupa nie jest lepsza czy gorsza, każda ma swoją rację bytu i funkcjonuje, bo takie jest zapotrzebowanie.  I tak jest dobrze. A może nie do końca?
Jest różnorodność i każdy może znaleźć swoje miejsce i czuć się bezpiecznie. Albo i nie. Wszystko razem daje nam malowniczy portret nieograniczonych możliwości.


Samotni w sieci?
Oczywiście, że nie.
Oczywiście, że tak!
(Prawdziwe stwierdzenie to takie, którego przeciwieństwo też jest prawdą ;))))

Ci, którzy w realu boleśnie odczuwają samotność, na czas włączonego komputera wchodzą  w wirtualny świat i znika poczucie osamotnienia. Mają przyjaciół, kochanków (a jakże! wiem to na pewno, sprawdziłam osobiście na potrzeby tego artykułu...), zajęcie, możliwość szybkiej komunikacji, dostęp do informacji, itp.  „To jak kieliszek wódki – daje szybką ulgę, łagodzi lęki, zapewnia ekscytację”.
Ale jednak de facto nadal są samotni, bo nie mogą poczuć ciepła ręki drugiej osoby, przeżyć razem ceremonii zaparzenia pysznej kawy, wyjść na wspólny spacer... Często więc dążą jednak do przeniesienia wirtualnej znajomości do realu. Ale nie zawsze i nie wszyscy – zależy, kto czego szuka.
Zainteresowanym tematem polecam raport Marty Bednarskiej  „Real to za mało”.  Zaczyna się tak: „Monitor komputera jest dla nich jak lustro Alicji z Krainy Czarów. Prowadzi do innego świata. Drugiego życia. Magda w sieci znalazła pocieszenie po śmierci męża. Sylwia odkryła istotę seksu (nasza pierwsza grupa). Jola prowadzi blog i ma milion fanów. Karolina na portalach społecznościowych „uszczęśliwia” swoimi pomysłami tysiące ludzi (nasza „kreatywna” z trzeciej grupy). Polki pokochały cyberświat. Szukają w nim tego, czego brak im w realnym. Czy znajdują?”
Jedna czwarta Polski jest na nk. 3 miliony Polaków ma blogi. Pada więc pytanie,  dlaczego ogarnęła nas pasja zwierzania się światu? Przestaliśmy mieć opory, by mówić o problemach, nawet chorobach. Bo okazuje się, że cyberświat to nie tylko lek na samotność, to lek na wszystko: „Loguję się i bawię w niby-życie. Nie mam kłopotów, jestem piękna”.
John Suler, badacz relacji wirtualnych i autor książki „Psychologia przestrzeni wirtualnej” twierdzi (i chyba wszyscy się z nim zgodzimy), że „dobrze jest, kiedy nasze działanie w sieci (online) wzbogaca nasze działanie w rzeczywistości (offline) i odwrotnie. Bo jeśli ono się rozjeżdża, to może być problem.”
Nie jest żadnym odkryciem stwierdzenie, że nawet lekarstwo w za dużej dawce będzie trucizną i że złoty środek, i że umiar.... wszyscy to znamy na pamięć. A jednak liczba uzależnionych rośnie. Bądźmy więc czujni... i pamiętajmy: to wirtualny świat jest częścią rzeczywistości, w której żyjemy, a nie odwrotnie...


Mar Canela